Muay Thai

Muay Thai – Tajlandia północna

Pierwsza część naszej podróży dobiega końca. Przejechaliśmy Tajlandię wzdłuż zaczynając w Bangkoku, a w okolicach Mae Sai kończąc. Niedługo planujemy przekroczyć granicę i zwiedzić sąsiednie państwa. Poświęcimy im jednak znacznie mniej czasu. Dlaczego wybraliśmy Tajlandię jako główny cel podróży? Każde z nas ma własny powód, własne marzenie. Anna opowie o swoim zapewne w kwietniu, gdy zrobi to o czym marzy od wielu lat. Dziś kończę pierwszy etap realizacji mojego własnego snu. Snu który niedawno wydawał się zupełnie nierealny. W końcu przyszedł czas, aby wprowadzić go w życie.

Moja myśl o Tajlandii zrodziła się w 2008 roku. Byłem na drugim roku studiów, gdy trafiłem do szkoły Muay Thai w Poznaniu. Osiem miesięcy trenowałem w Thaifunie, a następnie przeniosłem się do klubu Czerwony Smok, w którym zostałem do dziś. Nigdy nie trenowałem zawodowo. Mam za sobą pojedyncze walki amatorskie. Nigdy nie zdobyłem żadnego tytułu. Prawdopodobnie jestem już też za stary, aby osiągnąć coś więcej w tej dyscyplinie. Poza tym jak mawia mój ojciec – z tego chleba jeść nie będę. W takim razie dlaczego siedzę teraz w tajskiej wiosce z obolałymi piszczelami i udami pełnymi siniaków? Czy ktoś normalny leciałby przez pół świata, żeby przez kilka tygodni zbierać baty? Czy to jest komukolwiek potrzebne? Jeżeli przychodzą Ci na myśl tylko takie pytania – to znaczy, że prawdopodobnie nie jesteś w stanie zrozumieć dlaczego tu jestem. Niemniej jednak zapraszam do dalszej lektury.
Muay Thai (มวยไทย, Thai Boxing, Boks tajski) jest sztuką walki wywodzącą się z Tajlandii, a obecnie rozpowszechnioną na całym świecie. Podczas walki dozwolone jest uderzanie pięściami oraz łokciami, stosowanie kopnięć goleniami, stopami i kolanami, a także wykorzystywanie technik klinczowych i podcięć prowadzących do obalenia przeciwnika. Boks tajski, jak wskazuje nazwa, jest sportem narodowym Tajlandii. Walki organizowane są we wszystkich większych miastach prawie każdego dnia. Na ringu spotkać można mężczyzn, kobiety, a także dzieci walczące bez kasków, ani ochraniaczy na golenie czy łokcie.
Nawet Tajowie czasami trenują jednak w ochraniaczach. Pierwszego dnia pobytu w Chiang Mai poza znalezieniem odpowiedniej szkoły Muay Thai, należało kupić także odpowiedni sprzęt. W okolicy monumentu przedstawiającego trzech króli w centrum miasta znajduje się sklep, w którym znalazłem wszystko czego potrzebowałem. Każdy element – made in Thailand.

Sprzęt

Burklerg Gym – Chiang Mai

Znalezienie pierwszej szkoły okazało się trudniejsze niż myślałem. Wszystkie „informacje turystyczne” w mieście proponowały zorganizowane treningi wraz z dojazdem za wygórowaną kwotę. Oczywiście żadna placówka nie mogła podać miejsca, w którym trening miałby się odbyć, ponieważ rzeczywisty koszt jest dużo niższy, niż ten który proponowali białemu turyście.. W hostelu również nikt nie potrafił powiedzieć gdzie znajdują się kluby boksu tajskiego. W końcu z pomocą internetu udało się nam namierzyć jedną placówkę w okolicy Night Market, w budynku, na pierwszym piętrze. Szkoła nazywała się Burklerk Gym. Po wstępnym spotkaniu z trenerem bardzo zdziwiły mnie dwie rzeczy. Pierwszą z nich był koszt – 400THB za jeden trening dziennie i nie chodzi o trening indywidualny, lecz o normalne zajęcia w grupie. Pomyślałem – no trudno.. skoro rzeczywiście szkolą tu tajskich zabójców to pewnie trzeba też odpowiednio zapłacić. Zapytałem trenera ilu Tajów jest w grupie. Jego odpowiedź była dla mnie drugim, jeszcze większym zaskoczeniem – ani jednego. Nie miałem w tamtej chwili zbyt dużego wyboru, więc mimo wszystko postanowiłem zjawić się na najbliższym treningu. Na szczęście trener był rodowitym Tajem. Poza mną przyszło jeszcze 5-6 białych. Chciałbym napisać „białych zawodników”.. ale oni byli po prostu biali. Większość przyjechała z „informacją turystyczną”, z której poprzedniego dnia próbowałem wyciągnąć adres szkoły.
Trening trwał dwie godziny od 9:00 do 11:00. Prowadzący około 90 min zajmował się zupełnie początkującymi turystami, którym trzeba było zawiązać ręce, ubrać rękawice, pokazać jak się uderza w worek.. w związku z czym zostałem sam z jednym chłopakiem, który jako jedyny miał pojęcie o tajskim boksie. Wymieniliśmy kilka zdań po angielsku, aż padło pytanie ‘where are you from?’ – wtedy nastąpiło największe zdziwienie. Przyleciałem do Tajlandii, żeby na pierwszym treningu spotkać Polaka, który wychował się w klubie Czerwony Smok w Poznaniu. Łukasz był na wakacjach z rodziną i postanowił podobnie jak ja sprawdzić jak wygląda prawdziwy tajski trening.

Burklerg Gym

Burklerk

Nie zawsze było lekko:

Burklerk

Gdy nadszedł nasz moment (około 10:30), było całkiem nieźle. Trener przeprowadził z nami trzy rundy na tarczach, a następnie po kilka rund klinczu i sparingów. Były to moje pierwsze zmagania z Tajem i od razu na własnej skórze poczułem, że naprawdę potrafi wyczuć każdy błąd i podciąć przeciwnika tak, że ten wywraca się o własne nogi. Mimo to, sumarycznie trenowałem tego dnia może 20 minut, a trener praktycznie wcale nie poprawiał moich błędów, które zobaczyłem dopiero podczas przeglądania filmów z treningu (koledzy z poznańskiego klubu na pewno zauważą je również J – film poniżej). Myślę że jedyna sensowna możliwość to zajęcia indywidualne w tym klubie. Jednak nie to było moim celem. Trzeba było zmienić klub i to szybko.

Team Quest – Chiang Mai

Na mapach Google’a pojawił się klub o nazwie Team Quest, położony około 3,5km od hostelu Trekker Camp. Zorganizowałem rower i już następnego dnia o 7:30 rano, pełen entuzjazmu jechałem rozsypującym się dwukołowcem autostradą pod prąd, w koszyku mając rękawice owinięte plastikowym workiem. Tym razem mój entuzjazm nie zgasł – wręcz przeciwnie.
Sala znajdowała się na dworze i była podzielona na dwie części. W jednej odbywały się zajęcia MMA, a w drugiej Muay Thai. Treningi od poniedziałku do soboty w godzinach 8:00-10:00 i 16:00-18:00. Koszt to 350THB za jedno spotkanie dziennie lub 500THB za dwa. Trenerów było trzech. Byli to stosunkowo młodzi Tajowie, jednak techniki, które pokazywali były naprawdę ciekawe i wiele z nich widziałem po raz pierwszy. Niestety tutaj również wszyscy uczniowie byli przyjezdni, aczkolwiek w większości w miarę doświadczeni. Każdy trening rozpoczynał się 10-15 minutami na ciężkiej, tajskiej skakance oraz kilkuminutowym rozciąganiem. Następnie trening na worku, 3 rundy na tarczach z jednym z trenerów oraz szkolenie technik w stójce i klinczu. Pod koniec zwykle padało pytanie, na które korzystnie było znać odpowiedź. Przykładowo: ‘ile dziś poznaliście technik?’. Odpowiedzi były raczej niespójne.. zwykle błędne. Skutkowały więc wykonaniem bardzo dużej ilości pompek. Następnie każdy z uczniów pokazywał jedną technikę z dnia dzisiejszego lub wczorajszego. Na sam koniec wszyscy robiliśmy dziesiątki pompek, brzuszków i przysiadów. Dwie godziny treningu początkowo były bardzo męczące. Spędziłem w tym klubie 5 dni i z każdym dniem czułem jak mięśnie stają się coraz mniej posłuszne, a ścięgna coraz bardziej napięte. W niedzielę nadawałem się jedynie na tajski masaż 😉

Team Quest

Drugiego dnia pobytu w Chiang Mai obejrzeliśmy pierwsze walki w Thaphae Boxing Stadium. Koszt miejsca na widowni wyniósł 550THB za osobę.. i była to zdecydowanie zbyt wysoka kwota za to co zobaczyliśmy. Widzieliśmy osiem walk z czego większość stanowiły walki dzieci. Walczyły również kobiety z niewielkim doświadczeniem, a walkę wieczoru zarezerwowano dla zawodniczki z Nowej Zelandii, której o połowę mniejsza tajska przeciwniczka zrezygnowała w połowie pierwszej rundy. Nie obyło się też bez atrakcji turystycznych. Pomiędzy kolejnymi starciami na ring wprowadzono kilku zawodników jednocześnie. Założono im rękawice, zasłonięto oczy, puszczono głośną muzykę w stylu disco i dano.. wolną rękę – tzn. idźcie i bijcie się. Więksi bili mniejszych, mniejsi czasami nieopatrznie trafiali większych, jedni padali po pierwszym uderzeniu, inni próbowali się bronić. Boleśnie żenujący spektakl.

Thaepae Boxing Stadium

Thaepae Boxing Stadium

Theapae Boxing Stadium

Charnchai – Pai

We wtorek 11.02.2014 rozpocząłem dzień porannym treningiem w klubie Charnchai w miejscowości Pai. Podobnie jak w innych klubach, zajęcia odbywały się od poniedziałku do soboty w następujących godzinach:

8:00 – 10:00 – grupa ogólna
13:00 – 15:00 – „fighters class”
15:00 – 17:00 – grupa ogólna

Pojedynczy trening to koszt 300THB natomiast cały dzień 500THB. Dodatkowo za 50THB można było dokupić nielimitowane śniadanie po porannym treningu. Klub znajduje się na obrzeżach Pai, jednak miasto jest na tyle małe, że można tam dotrzeć pieszo praktycznie zewsząd. Uczniowie = turyści z całego świata. Jednak trenerów było tym razem więcej niż w poprzednich klubach. Właścicielem jest Bee – bardzo dobry trener z dużym doświadczeniem. Lubi krzyczeć i poganiać podopiecznych na szybkości wystruganą pałką bambusową, ale jeśli chodzi o trening z tarczami to nie ma sobie równych. Kazał mi blokować kopnięcie. Dobre dziesięć razy to samo, raz za razem, ciągle krzycząc: ‘No! Not like this! More stable! Only leg up! More stable! Keep hands up! More stable!’ – aż w końcu za dziesiątym razem od niechcenia pociągnął stopą za moją podniesioną do bloku nogę. Padłem na matę nie mając pojęcia jak i kiedy to zrobił. Na ramieniu ma tatuaż przedstawiający żądlącą pszczołę z podpisem ‘The Real Bee’. Ta sama pszczoła występuje w logo klubu Charnchai.

Charnchay Bee

Poza Bee poznałem jeszcze kilku trenerów. Techniki prowadził Azjata, który bardzo dobrze mówił po angielsku i nosił koszulkę reprezentacji Holandii z mistrzostw świata Muay Thai. Techniki nie były może wyszukane, jednak ma to pewnie związek z tym, że na porannym treningu spotkać było można około 50 uczniów o najróżniejszym poziomie zaawansowania.
Kolejnym trenerem był Polak, Artur. Bardzo dobry technik. Szkolił zawodników w Kanadzie gdzie prowadził własną szkołę, a obecnie prowadzi treningi w Charnchai. Pokazał mi kilka szczegółów odnośnie samej postawy zawodnika, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Potrafił wyłapać moje błędy na podstawie obserwacji 1-2 minut walki z cieniem. Zaproponował żebym pojawił się na treningu dla zawodników o 13:00. Ten trening wnosił zdecydowanie najwięcej. Trenujących było mniej, każdy wiedział już co robi, a trenerzy robili wiele, żeby przekazać nam swoje niebanalne umiejętności.

Charnchai

Charnchai

Spotkałem w Pai jeszcze kilku Tajów trzymających tarcze. Każdy jeden miał duże doświadczenie i po pierwszej rundzie tarcz wprowadzał nowe, ciekawe techniki w miarę możliwości zawodnika. Czasami po treningu podchodzili porozmawiać, powiedzieć co robię dobrze, a co jeszcze można poprawić. Spędziłem w Charnchai 6 dni, podczas których miałem okazję poprawić szczegóły, które od dawna mnie na mnie ciążyły. Jeśli chodzi o nowe techniki, pojawiały się one na treningu dla zawodników. Treningi poranne i popołudniowe to głównie szlifowanie umiejętności, wyrabianie kondycji oraz duuuużo pompek i różnego rodzaju ćwiczeń mięśni brzucha.

Charnchai

Charnchai

W piątkowy wieczór w Pai odbywał się festyn. Na obrzeżach miasta w okolicy świątyni zebrało się mnóstwo ludzi. Jedną z atrakcji były walki Muay Thai. Ring rozstawiono na środku pola, podłączono przenośne oświetlenie i około 21:30 rozpoczęła się pierwsza walka. W przeciwieństwie do widowiska w Chiang Mai, tutaj wstęp był darmowy, a walki były na wysokim poziomie. Walczyli Tajowie z klubu Charnchai oraz zawodnicy z okolicznych wiosek i mniejszych miast. Mieliśmy okazję zobaczyć jak Tajowie kibicują i razem z zawodnikami przeżywają każdy kolejny cios krzycząc ‘oooooj’, przepychając się, żeby stać jak najbliżej ringu i widzieć jak najwięcej. Młodzi, starzy, kobiety, dzieci. Wszyscy widzą w tym coś szczególnego. W Polsce podczas walki jestem wyczulony na głos trenera dobiegający z narożnika. W Tajlandii jest taki gwar, tyle krzyków i ludzi, że zawodnik jest zdany sam na siebie. A może nie do końca? Podczas przerw, koledzy z klubu zajmują się walczącym i pomagają mu przygotować się do kolejnej rundy. Po walce zawodnicy podchodzą do narożnika przeciwnika, gdzie otrzymują symboliczny łyk wody. Natomiast podczas walki jest z nimi cała rzesza widzów.
Pai boxing

Bright Boxing – Chiang Rai

W kolejny wtorek 18.02.2014 rozpocząłem treningi w klubie Bright Boxing w miejscowości Chiang Rai. Niestety treningi odbywały się jedynie w godzinach popołudniowych tj. 16:30 – 18:00 oraz 18:00 – 19:30. Był to pierwszy klub, w którym spotkałem wyłącznie Tajów. Do tego klimatyzowana sala i praktycznie nowy sprzęt. Co za tym idzie koszt był zdecydowanie wyższy niż w poprzednich klubach. Cena wyjściowa to 500THB za pojedynczy trening. Udało się ustalić 400THB, ponieważ planowałem zostać na cały tydzień. Na treningi przychodziło kilku młodszych, początkujących Tajów. Trenerów było trzech. Największego przydzielono do mnie. Każdego dnia indywidualnie tarcze, techniki, klincz, sparingi. Pierwszego dnia chcieli zobaczyć co potrafię. Stwierdzili jednogłośnie że jestem wysoki jak na swoją wagę, więc powinienem bić kolanami. Przez 90 minut uderzałem kolanami w tarcze.. w worki.. w ludzi. ‘Stretch your leg! Stay on toes! Use your hips!’. Biłem prawe kolano aż się nie nauczyłem. Biłem lewe aż się nie nauczyłem. Biłem kolano z wyskoku, kolano z miejsca, kolano w klinczu… Kolejnego dnia łokieć lewy, łokieć prawy, a później.. kolano. ‘Stretch your leg! Stay on toes! Use your hips!’. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Moi trenerzy robili wszystko, żeby wyplenić nieprawidłowe odruchy, które wyrobiłem wiele lat temu. Poza tym podcięcia, techniki w klinczu i sparingi. Poświęcali mi cały trening. Sześciodniowy pobyt w tym klubie dał mi jak dotąd najwięcej. Kilkukrotnie pytano mnie czy nie chcę walczyć w Tajlandii. Dostałem wizytówkę i numer telefonu, pod który mam zadzwonić jak tylko się zdecyduję. Na wizytówce widniał napis ‘Thai Fight’. To jednak nie jest jeszcze mój poziom.

Bright Boxing

Pokazałem trenerom moje walki z ligi Muay Thai w Szczecinie z 2012 roku. Śmiali się. Mówili że wygląda jak Kung Fu. Bieganie po ringu, uciekanie, pochylanie – to w ogóle nie jest Muay Thai. Tajowie walczą 5 rund po 3 minuty każda. W moim stylu ledwo wytrzymywałem 3 rundy po 2 minuty. Teraz wiem, że trzeba to zmienić. Dodatkowo wielką radość wzbudzał mój sposób trzymania gardy. Mówili że jest to typowe dla Europejczyków. Trzymamy gardę bokserską, którą Taj potrafi bez problemów przebić łokciem. Lewa ręka ma być daleko przed twarzą, tak żeby przeciwnik nie mógł podejść, ani uderzyć łokciem. Prawa ręka chroni całą głowę, ale również dba o to, żeby zahamować łokcie przeciwnika. Do tego oczywiście ciągłe ‘relax’. Zawodnik ciągle spięty, nigdy nie wytrzyma pięciu rund. Nie ma biegać za przeciwnikiem, tylko poruszać się spokojnie i atakować błyskawicznie.
Podsumowując, trenowanie Muay Thai w Tajlandii północnej to ciekawe doświadczenie. Każdy klub wspominam pozytywnie, jednak najwięcej bez wątpienia nauczyłem się w szkole, w której byli tylko Tajowie – Bright Boxing. Takich szkół jednak jest coraz mniej i bardzo ciężko je znaleźć. Większość mieszkańców Chiang Rai w ogóle nie wie o istnieniu jakiegokolwiek klubu w ich mieście. Mimo to wracając z treningu, w typowych dla Muay Thai spodenkach oraz z rękawicami przyczepionymi do plecaka, bardzo często słyszałem ‘boxing, boxing’ i widziałem uśmiechy od ucha do ucha. Nie każdy Taj jest bokserem, ale każdy wie czym jest Muay Thai. Jednego dnia mężczyzna idący z naprzeciwka położył się na chodniku i zaczął robić brzuszki mówiąc ‘Muay Thai! Very good!’. Innym razem spotkałem grupę starszych Tajów oglądających ‘Thai Fight’ w telewizji. Z radością zapraszali mnie do stolika.

วัดถ้ำป่าอาชาทอง

Kończąc pierwszą część podróży po Tajlandii wyjechaliśmy z Chiang Rai i przenieśliśmy się jeszcze dalej na północ, na wioskę w okolicy miejscowości Mae Chan. Znajduje się tam świątynia, w której przebywa znany mnich. Znany głównie z tego, że zanim został mnichem był.. mistrzem Muay Thai. Głównym problemem, który tam napotkałem była bariera językowa. Mnisi potrafili powiedzieć tylko, że mistrz jest teraz w Bangkoku. Próbowałem trzy dni z rzędu, ale niestety nie udało mi się z nim spotkać. Widziałem natomiast świątynię i towarzyszące jej artefakty związane z Muay Thai. Bezpośrednio za świątynią znajduje się ring oraz wiele zdjęć przedstawiających mnicha i jego uczniów. Poza tym bardzo stary sprzęt do treningów, który jak dotąd widywałem tylko na filmach z Brucem Lee.

Wat

Prakeema

Świątynia znajduje się w górach. Na towarzyszącym jej wzniesieniu natrafiliśmy na coś niespotykanego. Pośród dżungli znajdowało się mnóstwo rzeźb przedstawiających wojowników Muay Thai, a w ich okolicy mnichów i Buddę. Wyglądały na bardzo stare. Niestety ludzie spotykani w okolicy mówili tylko w języku tajskim, więc nie udało nam się uzyskać żadnych informacji.

Prakeema

วัดถ้ำป่าอาชาทอง

วัดถ้ำป่าอาชาทอง

วัดถ้ำป่าอาชาทอง

วัดถ้ำป่าอาชาทอง

Takich miejsc w Tajlandii na pewno jest więcej. Nie pojawiają się jednak w wynikach wyszukiwania Google’a ani nie ma ich na mapach turystycznych. Dowiedzieć się o nich można jedynie od tubylców, którzy poza większymi miastami raczej nie mówią w języku angielskim. Czasami jednak dobrze akcentując słowa ‘Muay Thai’ i pokazując im rękawice, można liczyć na szczery uśmiech i rękę wskazującą drogę do świątyni na wzgórzu.
Tak zakończył się pierwszy etap treningów w Tajlandii. Kolejny zaplanowany jest na kwiecień w południowej części kraju, która podobno obfituje w najlepszych zawodników i trenerów na świecie. Tak przeciętny Polak, z wykształcenia biolog, a z zawodu programista, spędza czas w Azji i krok po kroku realizuje swoje marzenia z dzieciństwa.

Pozdrawiam wszystkich równie pokręconych ludzi, którzy przetrwali do końca tej opowieści 🙂
P

Komentarze

10 comments on “Muay Thai – Tajlandia północna

Odpowiedz na „PAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.