Samart School

Thank you teacher for teaching us today

Anna od dawna wspominała o wolontariacie. Nie potrafiła sprecyzować co, ani gdzie chciałaby robić, ale na pewno chciałaby komuś pomóc, przyczynić się do tego, że ktoś biedny poczuje się lepiej. Nie będę ukrywał, że do tego pomysłu byłem nastawiony sceptycznie. Założyłem że z wiekiem zaczął odzywać się w niej instynkt macierzyński i zwyczajnie bagatelizowałem sprawę. Zbiegiem okoliczności w naszym hotelu w Siem Reap znaleźliśmy adekwatne ogłoszenie. Szkoła dla sierot i biednych dzieci poszukuje wolontariuszy do nauczania języka angielskiego. Skoro ogłoszenie jest w hotelu, do tego jest strona internetowa, to może nie trafimy od razu do niewoli, ani nie zjedzą nas kanibale w dżungli. Spróbujmy. Wymieniłem z właścicielem kilka maili… i oto jesteśmy w Samart School, na wiosce Spean Kaek w okolicach Siem Reap.

Samart School

Samart School na wiosce Spean Kaek w okolicy Siem Reap

Przyjechaliśmy na miejsce 31.03.2014 około 13:00. Lekcje odbywają się codziennie od 15:30 do 20:00. W szkole nie było jeszcze nikogo. Naprzeciwko znaleźliśmy jednak babcię i dziadka, u których jak się okazało mieliśmy zamieszkać na czas pobytu. Babcia ogolona na łyso z taką próchnicą zębów, że ciężko jest to sobie wyobrazić, a jeszcze ciężej zrozumieć jakim cudem jej zęby są ciągle na swoim miejscu. Nie zmienia to faktu, że jest to bardzo sympatyczna, wiecznie uśmiechnięta rodzina. Siedzieliśmy na drewnianych ławkach w cieniu bambusowego zadaszenia, gdzie termometr wskazywał 34 stopnie. Pot lał się z nas strumieniami. Psy w okolicy kopały sobie coraz głębsze dołki w piachu, w których następnie próbowały się chłodzić, a po posesji kroczyły małe kurczaki, obdarte z większości piór, żywiące się suchymi liśćmi, które spadły z pobliskich drzew.

Chicken

Dog

W międzyczasie przyjechał skuter z lodem w postaci ogromnych bloków. Khmerowie podobnie jak ich zachodni i wschodni sąsiedzi potrafią przewieźć skuterem wszystko. Zaraz za blokami lodu siedział około sześcioletni chłopiec. Podjeżdżali do nas i razem ze skuterem oraz lodem przewrócili się. Chłopak przekoziołkował i zatrzymał się 2 metry dalej, lód rozpadł się na mniejsze kawałki, a widzący to dziadkowie… śmiali się do rozpuku. Tym samym poobijane dziecko również zaczęło się śmiać, a nie ryczeć jak miałoby to miejsce w Polsce. Wspólnie pozbierali lód, umyli i schowali do lodówki. Dzień powszedni w Kambodży 🙂

Około 15:00 zaczęły pojawiać się pierwsze dzieci. Niektóre zupełnie boso, w podartych i brudnych ubraniach. Czasami miały ze sobą kilka groszy na cukierka lub jednego chrupka kukurydzianego, które kupowały od wspomnianej wyżej babci odpoczywającej na bambusowej macie.

Sklep

Sklep

Dzieci wykazywały początkowo umiarkowane zainteresowanie, aż w końcu dwie dziewczynki jakby nigdy nic usiadły obok nas. Każda trzymała swojego chrupka. Wystarczyło raz się do nich uśmiechnąć, żeby nie odstąpiły nas, aż do rozpoczęcia zajęć. Jedna dziewczynka miała zeszyt. Zniszczony do granic możliwości z oderwaną okładką. W środku można było znaleźć literki alfabetu i pojedyncze krótkie słowa w języku angielskim. Nie rozumiały prawie żadnego pytania, z tych które próbowaliśmy zadawać. Jak można nauczyć języka angielskiego dziecko, które nie ma o nim pojęcia, a my nie znamy khmerskiego, żeby cokolwiek wytłumaczyć?

Punktualnie o 15:30 przyjechały dwie białe wolontariuszki z Holandii, które zdecydowanie znały już to miejsce. W ciągu pięciu minut udzieliły nam krótkich wskazówek. Prowadzone były 4 równoległe grupy. Brakowało nauczyciela dla najmłodszej. Około 20 dzieci w wieku 6-10 lat. Zostaliśmy więc sami na polu walki. Dzieci straciły zainteresowanie lekcją po około 3 minutach. Trzeba było improwizować. Spróbowaliśmy z liczbami. Okazało się, że umieją liczyć do dwudziestu, ale nie potrafią rozpoznać jaką liczbę napisaliśmy na tablicy, bez ponownego liczenia od jedynki. To zajęło nam dłuższą chwilę.

Samart School

Lekcja z najmłodszą grupą

Największym problemem był nawyk do wykrzykiwania odpowiedzi przez wszystkie dzieci w tym samym czasie. Nie rozumiały dlaczego miałyby mówić pojedynczo, skoro więcej osób zna odpowiedź, albo po prostu każde chce nam o czymś powiedzieć i nie ma chwili do stracenia. Tym samym te mniej agresywne dzieci, nie udzielały się w ogóle, a gdy próbowaliśmy je ciągnąć za język, były zagłuszane przez towarzyszy. Niestety ten nawyk zostaje i starsze dzieci w wieku 12-15 lat zachowują się dokładnie tak samo. Po 45 minutach lekcji byliśmy skrajnie zmęczeni. Wysoka temperatura w połączeniu z gromadą khmerskich dzieci to mieszanka wybuchowa.

Ogólny chaos pod koniec zajęć. Na szczęście nasza grupa była o wiele mniej liczna..

Ogólny chaos pod koniec zajęć. Na szczęście nasza grupa była o wiele mniej liczna..

Pod koniec zajęć z najmłodszymi, w naszej klasie pojawił się właściciel szkoły i główny organizator całego przedsięwzięcia. Dwudziestopięcioletni Khmer o imieniu Song. Wychował się w wielodzietnej, wiejskiej rodzinie podobnie jak jego obecni uczniowie. Jako jedyny z rodzeństwa nauczył się czytać i pisać. Pomógł nam trochę organizując wspólne wyśpiewywanie słów zaczynających się na każdą literę alfabetu po kolei. Dzieci co kilka minut trzeba było rozruszać poprzez wspólne pokazywanie rękoma kierunków, rozpoznawania słów oznaczających aktywności takie jak skakanie, bieganie, spanie czy klaskanie. Inaczej po kilku minutach nikt już nas nie słuchał. Najdłuższe 45 minut jakie pamiętam. Na koniec wszystkie dzieci wstały i jednogłośnie wykrzyczały słowa, które słyszeliśmy też na każdej kolejnej lekcji: „Thank you teacher for teaching us today. Bye bye. See you tomorrow.”. Wybiegając z klasy przybijały nam piątkę, a raczej high-five (wcześniej podczas nazywania części ciała wyciągnąłem dłoń do jednej z dziewczynek oczekując, że powie mi co to za część ciała – no i powiedziała: ‘high-five!’).

Po zakończeniu pierwszej lekcji zastanawiałem się czy nasza obecność w tym miejscu ma jakikolwiek sens. Przecież te dzieci niczego się od nas nie dowiedzą. Nie wytłumaczymy im nic w ich ojczystym języku, a angielskiego na razie prawie w ogóle nie znają, więc nie ma mowy, żeby nas zrozumiały…

Mieliśmy 15 minut przerwy podczas, której Song opowiedział nam o szkole i o nauczycielach. Szkoła to budynek powstały z kilku desek i gwoździ. Ściany stanowią często maty bambusowe, które trzeba zmienić zanim przyjdzie pora deszczowa. Mimo to, ściany pomalowane są na kolorowo, a wolontariusze namalowali na nich różne obrazki z angielskimi opisami. Dzięki temu atmosfera w szkole jest przyjemna. Budynek mimo, że bardzo biedny i trochę rozsypujący się, przyciąga a nie odrzuca.

Pomieszczenia dla najmłodszych

Pomieszczenia dla najmłodszych

Sala lekcyjna w Samart School

Sala lekcyjna w Samart School

Do szkoły uczęszcza ponad 300 dzieci w różnym wieku. Nauczyciele to w większości byli lub obecni uczniowie, którzy poznali język na tyle, że mogą uczyć młodszych od siebie.

Kolejne zajęcia prowadzone były przez młodą Khmerkę, która od miesiąca naucza dzieci mówiące już trochę po angielsku. W pierwszej grupie było ich około piętnaścioro w wieku 10-15 lat. Zeszyty miały może trzy osoby. Niektóre nie potrafiły czytać, więc pisanie na tablicy częściowo mijało się z celem. Nauczycielka pytała nas czy dobrze konstruuje zdania, czy może użyć takiego lub innego słowa, a później tłumaczyła to samo uczniom w języku khmerskim. Mimo przekrzykiwania się podobnego jak u najmłodszych, te zajęcia po woli zaczynały przynosić efekty.

Lekcja z grupą intermediate

Lekcja z grupą intermediate

Tematy były bardzo proste: członkowie rodziny, przedstawianie się, dni tygodnia. Z tą nauczycielką spędziliśmy 90 minut pomagając jej przy dwóch grupach na tym samym poziomie językowym. W drugiej grupie pojawił się jeden chłopak, który doskonale nas rozumiał i odpowiadał poprawnie na wszystkie pytania. Okazało się, że musi przychodzić do grupy początkującej, żeby przyprowadzić do szkoły innego, młodszego chłopca. Następnie sam idzie na zajęcia grupy zaawansowanej.

Na koniec zajęć obowiązkowo gry i zabawy. Tym razem Anna w roli głównej.

Po zakończeniu lekcji, dzieci wychodząc z sali przybijały nam piątkę, a niektóre również przychodziły się przytulić w ramach podziękowania. Wszystkie bez wyjątku były bardzo wdzięczne. Nauczycielka chciała zapytać nas o wiele rzeczy oraz opowiedzieć o jej ojczystym języku. Sama jest w trakcie nauki, ale stara się zdobyć doświadczenie nauczyciela, żeby zacząć zarabiać własne pieniądze. Ma 23 lata. Codziennie rano pomaga rodzicom w sprzedaży słodyczy w ich sklepie, później przychodzi uczyć angielskiego, a jak starczy czasu to wieczorami uczy się sama. Nie brzmiała zbyt optymistycznie.

Następnie zostaliśmy przydzieleni do prowadzenia zajęć w bibliotece od 19:15 do 20:00.

Samart School

Biblioteka Samart School

Polegały na pracy z uczniami, którzy czytają książki na głos. Poprawialiśmy ich błędy w wymowie oraz tłumaczyliśmy co oznaczają słowa, których nie rozumieją. Trafiliśmy na grupę, która mniej więcej nas rozumiała, więc zajęcia były całkiem przyjemne. Anna spędziła całą lekcję doszkalając nauczycielkę, której asystowaliśmy w poprzednich zajęciach. Ja natomiast czytałem Kubusia Puchatka z trojgiem młodych Khmerek. Ciężko było wytłumaczyć czym jest hefalump, ale jakoś się dogadaliśmy. Ostatnie 10 minut spędziliśmy na rozmowie. Dziewczyny nie były w najgorszej sytuacji. Uczą się i nie muszą pracować. Jedna chce zostać policjantką, druga przewodnikiem oprowadzającym turystów po Angkor, a trzecia.. neurochirurgiem. Każdy Khmer bez wyjątku reaguje tak samo na informację o tym, że ich nauczyciel zajmuje się pisaniem programów komputerowych. Jest to dla nich coś niesamowitego, co najmniej jakbym latał statkiem kosmicznym. Prawie nikt tu nie ma komputera. W godzinach porannych prowadzone są zajęcia z podstawowej obsługi komputera, jednak ciągle jest to dla nich coś zupełnie obcego i nieznanego.

Po zakończonych zajęciach uczniowie wrócili do swych domów, a my mogliśmy wspólnie z innymi wolontariuszami zjeść kolację i porozmawiać. Niektórzy byli tam tylko kilka dni, podobnie jak my, ale byli też tacy, którzy zostali na kilka miesięcy. Głównie młodzi ludzie z Europy oraz Australii.

Samart School

Wspólny obiad z woluntariuszami i właścicielem szkoły

Nadszedł wieczór, czas na kąpiel i sen. Zęby można było umyć tylko korzystając z wody mineralnej. Jeśli chodzi o toaletę i kąpiel – Khmerowie kąpią się nago tylko jako dzieci. Później w dorosłym życiu zdejmowanie ubrania nie jest właściwe. Dlatego kąpią się trzy razy dziennie, ale w ubraniu. Jak to wygląda? Obok domu stoi „wanna” napełniona wodą ze studni. Jest też naczynie. Trzeba nabrać wody z wanny, stanąć obok i oblać się nią tak, aby woda ściekając z nas nie trafiła z powrotem do wanny.

Kąpiel

Kąpiel

Kąpiel przynosi ulgę tylko wcześnie rano lub późno wieczorem. Podczas dnia po kilku minutach byliśmy z powrotem spoceni do granic możliwości. Jeśli chodzi o toaletę, to doskonale opisał ją właściciel szkoły. Są dwie możliwości oczyszczenia się po załatwieniu grubszej sprawy. Pierwsza to ‚Cambodian style’, a druga to ‚zorganizować sobie papier’. Koło ubikacji (tutaj całkiem nowoczesnej – zamiast dziury w ziemi jest sedes na równo z ziemią) stoi identyczna wanna jak do kąpieli, więc zamiast papieru można użyć ręki i od razu się umyć.

Toaleta

Toaleta

Wolontariusze śpią we wspólnym pokoju, razem z właścicielami domu czyli wspomnianymi wcześniej babcią i dziadkiem. Około 23:00 wszystkie światła zgaszone, a moskitiery rozłożone. Dach oddzielony jest od ścian, a w oknach nie ma szyb, więc jest ciągły przewiew. Do tego zamontowano kilka wiatraków, więc można było spokojnie zasnąć wsłuchując się w odgłosy dżungli. Co chwila słychać dyskutujące gekony, co jakiś czas charakterystyczne ‚toke-toke’ wydawane przez największy gatunek gekona (łac. Gekko gecko) oraz niezwykle głośne żaby i cykady. Niesamowite wrażenia.

Nocleg w Samart School homestay

Nocleg w Samart School homestay

Samart School Homestay

Samart School Homestay

Drugiego dnia pobytu, zaraz po śniadaniu zabraliśmy się za oczyszczanie terenu szkoły. Na placu zabaw (kilka tygodni wcześniej zbudowanym przez wolontariuszy) każdego dnia pojawia się mnóstwo śmieci. Na początku nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego. Śmieci to ogromny problem tak w Kambodży jak i we wszystkich krajach Azji, które zwiedziliśmy. Dzieciaki przychodzą do szkoły, bawią się na placu zabaw i rzucają na ziemię wszystko co mają, od opakowań po cukierkach, do pozostałości po ołówkach czy zeszytach. Tak robią ich rodzice i dziadkowie. Tak robi mnóstwo ludzi w całej Azji. Podczas jedzenia rzucają pod siebie resztki. Podczas jazdy autobusem wyrzucają opakowania przez okno. Takich przykładów mógłbym podać dużo więcej. Nauczyciele w szkole mają obowiązek zwracać na to uwagę. Czy to robią? Nie wiem. Teren który sprzątaliśmy wyglądał jak po trzydniowym festiwalu muzycznym. Dlaczego nikt nie każe sprzątać uczniom? Też nie wiem. Co ciekawsze, zbierane śmieci są wynoszone za bibliotekę, tam leżą przez jakiś czas, a następnie są spalane. Ciekawe o tyle, że nie ma tam żadnego ogrodzenia, ani pojemnika w związku z czym śmieci prowadzone wiatrem rozrzucone są po okolicznych polach. Nikomu to nie przeszkadza. Syzyfowa praca.

Wysypisko śmieci...

Wysypisko śmieci…

Rodzice nie nauczą tych dzieci porządku. To jest w rękach nauczycieli i możliwe że wolontariuszy. Pamiętam że nie mogłem zrozumieć jak moi koledzy z podwórka mogli kupić loda i chwilę później wyrzucić opakowanie na trawę skoro obok stoi śmietnik. U mnie w domu to było nie do pomyślenia, a dla nich było to zupełnie normalne. Ani ja nie rozumiałem ich, ani oni mnie. Przeleciałem pół świata i zobaczyłem to samo, tylko na dużo większą skalę. Na moim podwórku znalazł się czasami sąsiad, który chłopaków pogonił. W Kambodży nikt nie wie, że to jest złe – więc nikt nikogo nie goni.

Plac zabaw

Plac zabaw

Po sprzątaniu zostało nam jeszcze trochę czasu. Wraz z dwójką dzieci uzupełnialiśmy brakujące litery alfabetu na ścianie jednej z sal lekcyjnych. Były na tyle małe, że nie rozumiały tego co do nich mówiliśmy, ale nie stanowiło to problemu. Każda zabawa jest dla nich dobra. Jeśli chodzi o kolorowanki – nie trzeba było dwa razy pytać.

Samart School

Wystrój szkoły tworzony jest wspólnie z uczniami

Samart School drawing

Około 15:00 zaczęli przychodzić uczniowie. Tym razem byliśmy już dużo lepiej przygotowani i lekcje szły sprawniej niż dnia poprzedniego. Uczniowie pamiętali nas, wzajemnie zaczynaliśmy się poznawać. W przerwach między lekcjami patrzyliśmy jak bawią się na przygotowanym przez wolontariuszy placu zabaw. Proste zabawy dawały im naprawdę mnóstwo radości. Niektóre dzieci przychodzą wcześniej, na 2-3 godziny przed rozpoczęciem zajęć, żeby się pobawić na ich własnym placu zabaw.

Ścianka postawiona przez wolontariuszy cieszy się dużym zainteresowaniem

Ścianka postawiona przez wolontariuszy cieszy się dużym zainteresowaniem

Plac zabaw zbudowany przez wolontariuszy

Plac zabaw zbudowany przez wolontariuszy

Niektóre dzieci przyjeżdżają na zajęcia rowerami

Niektóre dzieci przyjeżdżają na zajęcia rowerami

Po zajęciach nadszedł czas na pożegnanie, ostatnią wspólną kolację i rozmowę. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu z nauczycielkami w bibliotece. Jedna z nich doskonale mówi po angielsku, a uczyła się od zera właśnie w Samart School. Teraz uczy innych, a sama marzy o uniwersytecie. Jest żywym przykładem na to, że takie działania mają sens. Wolontariusze wspólnie planują zorganizować jej stypendium, które umożliwiłoby jej pójście na studia w Siem Reap.

Samart School

Nauczycielki języka angielskiego

Song przyjmuje mnóstwo wolontariuszy. Niektórych pewnie zapamięta, a innych nie. My zapamiętamy go na pewno. Szczególnie ze względu na ciekawe poczucie humoru i obracanie wszystkiego w żart. Ale tego nie da się opisać – musielibyście poznać go sami.

Song - założyciel szkoły

Song – założyciel szkoły

Następnego dnia o 7:00 nad ranem przyjechał po nas tuk-tuk. Ciężko było stamtąd wyjeżdżać. Ciągle mamy w głowie piosenki śpiewane przez dzieci. Czasami sam łapię się na tym, że myślami wracam w tamto miejsce i zastanawiam się co będzie dalej z uczniami Samart School.

Kambodża jest na podobnym etapie, na którym Polska była niedługo po drugiej wojnie światowej. Polskę zniszczyli Niemcy, a Kambodżę.. jej mieszkańcy – reżim Czerwonych Khmerów. Z tą różnicą, że w Kambodży działo się to niewiele ponad 30 lat temu, więc kraj nie zdążył się jeszcze do końca pozbierać. Obecnie połowę ludności Kambodży stanowią dzieci, które są nadzieją na lepszą przyszłość tego kraju.

Wyjazd z dużego miasta jak Phnom Penh czy Siem Reap pozwala zobaczyć jak naprawdę wygląda tu życie. W takich chwilach doceniam, że urodziłem się w Polsce i przestaję narzekać. Nigdy wcześniej nie brałem udziału w wolontariacie. W Samart School byliśmy tylko dwa dni. Mimo tak krótkiego czasu, to co zobaczyliśmy pozostanie z nami na zawsze. Człowiek taki jak ja, w Polsce idzie do szkoły, później na studia, na których ma rzecz jasna ciężej niż jakikolwiek inny student, następnie idzie do pracy, która jest w jego opinii najcięższa na świecie. Zaczyna pogoń za pieniędzmi, kupuje nowe, często niepotrzebne rzeczy i szuka szczęścia, które z każdą zarobioną złotówką pozornie jest bliżej. Kilka dni w prawdziwej Kambodży, tej której nie ma w kolorowych przewodnikach, pozwala na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad swoją głupotą.

Podziwiam ludzi, którzy potrafią zostać w tym miejscu wiele miesięcy. Tam nie ma nic z naszego codziennego życia. Jest wioska, wychudzone zwierzęta, bambusowe ściany, ciągły upał, kąpiele polegające na oblewaniu się brudną wodą ze wspólnej wanny i brak papieru toaletowego. Nawet jeśli ktoś zdecyduje się zostać dłużej, to niestety nie ma nic za darmo. Jedzenie, prąd i woda kosztują. Jest to koszt 8$ za dobę, czyli nic w porównaniu z mieszkaniem w hotelach i jedzeniem w restauracjach, jednak te 8$ przez rok czyni 2920$ czyli około 10 tysięcy złotych. Do tego trzeba dodać przelot, dojazd, wodę zdatną do picia oraz wszystko co chcielibyśmy mieć poza trzema posiłkami dziennie i dachem nad głową. Nikt nam tego nie zasponsoruje. Gdyby w Kambodży były finanse na opłacanie wolontariuszy, to pewnie znalazłoby się też coś dla rodowitych nauczycieli, na cegły do postawienia szkoły oraz na buty dla bosych dzieci. Niestety.

Jedna z najmłodszych uczennic

Jedna z najmłodszych uczennic

My jesteśmy już w autobusie jadąc do Tajlandii. Uczniowie niedługo przyjdą do szkoły, może przyjdzie nowy nauczyciel, może nie. Nigdy nie wiadomo. Nas już tam nie będzie. Podziwiam tych, którzy przyjdą zostawiając własne życie w tyle. Ja nie jestem na to gotowy i możliwe, że nigdy nie będę. Gdyby nie decyzja o trzymiesięcznej podróży, Kambodżę znałbym jedynie z filmów o ile miałbym czas jakiś obejrzeć. Dlatego utwierdzam się w przekonaniu, że podróż to nie tylko zwiedzanie zabytków i leżenie na plaży. Trzeba znaleźć trochę czasu na poznanie ludzi, którzy żyją tu swym codziennym życiem, które nie zawsze jest tak lekkie i przyjemne jak nasze. Cieszę się, że trafiłem w to miejsce, jednak żałuję, że nie zdarzyło się to gdy miałem kilkanaście lat. Pozwoliłoby mi to bardziej cieszyć się, każdym dniem mojego życia, w którym tak naprawdę nigdy niczego mi nie brakowało.

P

Komentarze

3 comments on “Thank you teacher for teaching us today

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>