Ayutthaya market

Targ w Ayutthaya

Znów trochę o jedzeniu, ale przede wszystkim o ludziach. Tajowie wciąż nas zaskakują swoim podejściem do życia – na wszystko reagują uśmiechem. Mają wiele różnych rodzajów usmiechów, ale najważniejsze jest to, że wszystki są szczere. Co więcej – Tajowie są bardzo pomocni. Bardzo. Jak już się o coś poprosi, to zrobią wszystko, by Ci pomóc, nawet jeśli nie do końca potrafią (stanowi to pewien problem, gdy pytamy o drogę… :)). Powoli przestajemy być tak europejsko sceptyczni, ale wciąż dziwi – jak można się cały czas cieszyć i być miłym? W dodatku dla obcych? Okazuje się, że można!

Byliśmy głodni. Całodniowe zwiedzanie świątyń, jedynie na przekąskach, dało o sobie znać. Chcieliśmy zwiedzić jednak jeszcze Wat Chaiwatthanaran, które leży już za rzeką. Minęliśmy rondo, na którym parkowały słonie. Dalej, jadąc wzdłuż głównej ulicy przez park spotkaliśmy dudka! One naprawdę mają różową głowę i duży czub z piór! Jechaliśmy przed siebie, na rowerach, które przy każdym ruchu dawały nam znać, że ich lata świetności dawno minęły. Słońce powoli zachodziło, już nie piekło tak niemiłosiernie. W zasadzie robiło się całkiem przyjemnie. Wreszcie poczuliśmy zapach gotowanego jedzenia – przed naszymi oczami wyrósł targ! Zaparkowaliśmy nasze małe złomki, koło sterty ustawionych rzędem skuterów. Z targu dobiegał przyjemny gwar tajskiej mowy – tajski to język tonalny. Tajowie nie mówią, oni śpiewają 🙂 Do tego na jednym ze straganów, ktoś włączył głośną tajską audycję. Czuć było miejscowy klimat. Weszliśmy w tłum wiedzeni zapachami – były wprost obłędne. Kolorowe zupy, makarony z warzywami, ryż z owocami morza – dania zachęcająco bulgotały na ogniu na każdym straganie.

Wszystko przyrządzane na świeżo i od razu pakowane na wynos do worków foliowych (takich, w jakich sprzedaje się ryby akwariowe). Klapa! Tyle jedzenia, a nic nie można zjeść na miejscu. Mijamy inne lokalne pyszności – surowe rybie głowy, świńskie skórki (świeże i prażone), różowe jajka. Coraz gorzej. Pierwszy pomysł – grillowany kalmar na patyku. Ani to do końca dobre, ani się tym człowiek do końca nie nasyci. Odpada. Kolejne stoisko – smażone w całości ryby każdego rozmiaru. Skusiliśmy się na najmniejsze, 2-3 centymetrowe rybki. Jakoś tak nie pasowało nam jedzenie głów większych ryb… Smakowały jak rybne chipsy. Ok, pierwszy zakup za nami, lody przełamane, ale w brzuchach dalej burczy. Kombinowaliśmy jak tu z tych ich worków na wynos zjeść. Nie ma opcji. Wtedy natknęliśmy się na stoisko z zieloną galaretą. Nie odważyliśmy się, ale galaretę sprzedawano w głebokich styropianowych pudełkach. Nadadzą się! Chcieliśmy kupić dwa, ale spotkaliśmy się z kategoryczną odmową symaptycznej Tajki – ‚no money! free for you!’ 🙂 Na straganie obok właśnie wyjęto kolejne gorące porcje dań na blachy. Wybraliśmy dwa i pokazujemy: ‚nie do worka, do pudełek’. Starsza Pani patrzy na nas jak na kosmitów, ale dobra, niech mają. Poprosiliśmy jeszcze o jakieś pałeczki, ale Tajka kiwa przecząco głową. Zaraz jednak się uśmiecha i spod sterty przypraw wyczarowała nam łyżkę! Do tego zapłaciliśmy za to 5 zł 🙂

Stanęliśmy na środku targowiska z niebezpiecznie giętkimi tacami, wypełnionymi po brzegi płynnymi sosami. Przydałoby się gdzieś usiąść… Nieopodal tajska babcinka już zauważyła nasze zatroskane miny i od razu zaprosiła do siebie, uprzątnęła nam ławkę i kazała siadać. Wtedy dopiero poczuliśmy piekło w gębach, ale było warto! Zadowoleni, kłaniami się babcince, któta od razu odpowiada uśmiechem. To skoro tak dobrze idzie, to może deser? Nie zrobiliśmy dwóch kroków, a już wypatrzyła nas Tajka w średnim wieku, stojąca przy przyczepie, po brzegi wypełnionej arbuzami. Przywołuje nas do siebie, zachęcająco machając ręką. Na samym środku sterty arbuzów siedziała do tego mała dziewczynka. Na migi poprosiliśmy o najmniejszego arbuza, ale pokrojonego. Pani uśmiechając się wskazała dwa krzesła (w tym swoje) i kazała usiąść. Jak tylko zasiedliśmy, każdy dostał pokaźny półksiężyc soczystego arbuza. Wcinamy. ‚Aroy’ pokazuje Tajka na arbuza. Nie zrozumieliśmy o co chodzi. ‚Aroy! good!’ powtarza. Ano tak, pewnie, że aroy!

Zanim zdążyliśmy zjeść pierwszy kawałek,a już w rękach ląduje nam kolejny. Resztę Pani pokroiła i zawiązała w foliowym worku. Kłaniamy się Pani, dziękując, ale ona jeszcze woła, pokazuje na ręce i wyciąga butlę z wodą. No oczywiście! Przecież ręce się kleją, to trzeba umyć! Zostaliśmy solidnie opłukani wodą, dostaliśmy worek z arbuzem i kolejny duży uśmiech na pożegnanie.
Tak oto wyszliśmy z targu najedzeni, umyci i uśmiechnięci. I jak tu nie polubić Tajów? 🙂

Komentarze

3 comments on “Targ w Ayutthaya

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>