Projekt – rower gastro

Street food – chyba nie ma lepszego miejsca niż Azja, żeby naprawdę zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Wyobraźcie sobie, że idziemy ulicą i prosto na naszej drodze siedzi pani, która miłym głosem woła do nas ‘mango?’. Wystarczy skinienie głowy i już soczysty słodki owoc jest dla nas obierany i krojony. Zaraz za panią z owocem stoją jeszcze ze trzy kolejne. Kawałek dalej w powietrzu roznosi się aromat smażonego ryżu z warzywami. Wok stoi na ulicy, a starszy Taj wbija do niego jajo, miesza i nakłada gotowe danie na talerz. Obok niego, na małych krzesełkach siedzi już czterech delikwentów wcinających ze smakiem podobne porcje. Mijamy ich, by zobaczyć ciekawe zjawisko. Otóż na naszych oczach dziewczyna bierze do ręki wielki kij i… wyciska z niego sok – to trzcina cukrowa! Zaraz za nią kobieta smaży kokosowy deser zwany kanom krok na specjalnych blachach, a nieopodal inna kobieta sprzedaje smażone pierogi, kolejna rozlewa do misek przepyszną, tajską zupę… i można by tak długo, bo przemierzając ulice Tajlandii czy Wietnamu, na każdym kroku czeka na nas pyszne jedzenie. Nie można tego nie pokochać! Pytanie – czy można bez tego żyć, jak już się raz w tym rozsmakowało? Może właśnie nie można…

Kanom krok

Kanom krok

Świeżo ociosany ananasik

Świeżo ociosany ananasik

Pierwszy raz doznałam olśnienia jadąc kolejną godzinę ściśnięta w minibusie po naprawdę krętych drogach Laosu. Trzeba ten street food zabrać do Polski ze sobą! Ale zaraz, zaraz, w Polsce pogody nie ma, na chodniku tak po prostu handlować nie wolno, a robić jedzenia to już na pewno. Racja, bez sensu.

Kolejny raz targnęło człowiekiem pijąc obłędną wietnamską kawę na ulicach Hoi An. Obok nas ten wyjątkowy napój sączyło trzech leciwych Wietnamczyków. Mowa tu nie o byle czym, ale o kawie dobrej jakości i jednocześnie kawie taniej. U nas dziadkowie nie pójdą sobie tak o, do kawiarni. Bo i za co? Emerytura mała, a kawa droga. Street food musi być tańszy niż utrzymanie lokalu, więc jest dla każdego. Takie proste a takie genialne.

Wietnamska kawka w Hoi An

Wietnamska kawka w Hoi An

Potem już widzieliśmy tylko zalety takiego biznesu. Wymyślaliśmy jeden przez drugiego, co najlepiej smakowałoby w naszych rodzinnych stronach, jak to podać, z czym i gdzie. I jak już tak wszystko fantastycznie obmyśliliśmy, jak już widzieliśmy się z tym wokiem na Półwiejskiej, wtedy właśnie wróciliśmy do Polski. Wpadliśmy w wir pracy, a rutyna wciągnęła nas bezlitośnie i niepostrzeżenie w swoje szpony. Najpierw chodziliśmy lekko otępiali. Tak łatwo było wyjechać w podróż, a tak ciężko po niej wrócić do rzeczywistości. Aż wreszcie wszystko było jak dawniej.

We wrześniu kryzys się nasilił. Człowiek musi odpocząć. Pewnie, że odpocząć. No to Góry Stołowe! I jak już się tak łazi, że cały człowiek złażony – głowa odpoczywa i zupełnie inne myśli wypływają na wierzch. Tak wrócił pomysł street foodu. I tym razem już z nami został.

Gdy zaczęłam czytać o wymaganiach, jakim musi stawić czoła młody przedsiębiorca, już było wiadomo, że nie będzie to taki prosty i szybki proces. Woka na ulicy też się nie postawi. Cóż, zacznijmy więc może od czegoś prostszego. Może kawa? Tak! Projekt street coffee rozpoczęty! Tak się złożyło, że mieliśmy przyjemność pić w Azji fantastyczną wietnamską, laoską i tajską kawę, która w Polsce wciąż jest mało popularna, a przecież taka pyszna. Plan doskonały!

By jednak cokolwiek załatwić trzeba pobiegać po urzędach, które są czynne jedynie w godzinach mojej pracy. Tak przyszedł czas na pierwszy poważny krok – żeby zacząć nową pracę, trzeba zostawić starą. Pora opuścić fantastycznych ludzi, poczucie finansowego bezpieczeństwa, psychiczny spokój. Ni mniej ni więcej, czas wyjść poza swój comfort zone (bo jak wiadomo za nim zaczyna się prawdziwe życie ;)). Zrozumieli, życzyli powodzenia i trzymali kciuki do samego końca. XTM – dziękuję za wsparcie!

Zostałam w pracy jeszcze przez 3 miesiące, z czego dwa na pół etatu. To wystarczyło, żeby zdążyć pomęczyć panie z Sanepidu, poszukać gruntu i… kupić wózek! Inwestycja w profesjonalną mobilną gastronomię była finansowo nie do przeskoczenia. Z resztą, co to za radość kupić gotowca! Po przeszukaniu i sprawdzeniu wszystkich opcji padło na to brzydkie kaczątko:

Mały brzydalek

Jednak dzięki wielkiemu sercu RoadStylera, genialnego producenta akcesoriów do motocykli, wkrótce miało przemienić się w pięknego łabędzia, a do tego, całkiem azjatyckiego!

Moja praca zawsze była czysta, wygodna, bezpieczna i spokojna. Gdy więc pierwszy raz weszłam do warsztatu, byłam zachwycona odmiennością 😛 Dookoła brzdęki przeróżnych maszyn, bicia metalu, cięcia laserem, spawania… całkiem inny świat, do którego przyjęto mnie naprawdę bardzo życzliwie. Szybko powstał projekt stelaża, dwa dni później już mogłam układać w nim swoje szpargały, takie jak choćby butla z gazem. Zaraz po tym Andrzej wyczarował mi przepiękny nierdzewny blat, potem wyciął drzwiczki, doprowadził rower do tego, by w ogóle mógł jeździć, zrobił zabezpieczenie, by skrzynia była zamykana, nóżkę, pokrywkę, chochlę… wszystko!

DSC_0501

DSC_0505

Ale najlepsze na końcu – Andrzej stworzył jeszcze dzieło sztuki w postaci iście azjatyckiego dachu ze smokami! Byłam zachwycona!

DSC_0500

DSC_0509

I gdy myślałam, że mój gastro rower nie może być piękniejszy, Andrzej zrobił kierownicę w stylu chopper, którą następnie przyozdobił aerografem w… płomienie!

DSC_0503

DSC_0524
Dziękuje panie artysto! Dziękuję RoadStyler, takie cuda tylko tam 🙂 Dług do końca życia!

Jeszcze tylko malowanie, pokrycie dachu i voila! Chwila, pokrycie dachu? Ech, znów problemy. Koszt i czas realizacji profesjonalnej usługi był zupełnie nie do przyjęcia. Na szczęście mam dookoła siebie więcej życzliwych i utalentowanych ludzi niż się spodziewałam. Tym razem przyszli mi na ratunek rodzice Pawła i wspólnymi siłami stworzyliśmy arcydzieło. Bardzo baaaaardzo dziękuję!

DSC_0537

Na koniec lutego postanowiłam zupełnie opuścić XTM. Potrzebowałam więcej czasu. Organizacja mobilnej gastronomii może wydawać się prosta i szybka, jednak jest naprawdę dużo spraw, które trzeba ustalić, zorganizować… dużo na tyle, że w zasadzie od powstania pomysłu do wyjścia na ulicę minęło dobre pół roku.
Dziś mam już piękną tablicę na mój rower, stemplowane kubki, gotowe menu. Dziś, czyli w połowie kwietnia 2015 roku jestem przygotowana na podbój pól Moraska!

Jeśli więc kogo nogi poniosą na obrzeża Poznania, serdecznie zapraszam na spacer z pętli Sobieskiego w stronę kampusu UAM. Będę tam na pewno do końca maja z uśmiechem przyrządzać kawkę jakiej jeszcze nie mieliście okazji spróbować.

Trzymajcie kciuki!
(I dziękuję wszystkim tym, którzy trzymali je do tej pory. Jesteście super!)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>