Ninh Binh - Tam Coc

Ninh Bình – dolina Tam Cốc

Była środa, 12.03.2014. Minibus z Halong Bay wysadził nas w okolicy dworca w Hanoi. Co ciekawe nie był to ten sam dworzec, na którym wysiadaliśmy za pierwszym razem. Nasza przewodniczka Linh, napisała nam na kartce wietnamską nazwę autobusu (Hoang Long) oraz kwotę jaką powinniśmy zapłacić za bilet do Ninh Binh – czyli $7 za osobę. Znaleźliśmy odpowiednie okienko i zgodnie z planem kupiliśmy bilety.

Dworzec Hanoi

Zdążyliśmy jeszcze zjeść Pho Bo na kolację i spokojnie posiedzieć na dworcu. Coś za łatwo poszło. Człowiek w Wietnamie bardzo szybko łapie złe nastawienie do ludzi. Po kilku dniach od przyjazdu zauważyliśmy smutną zależność. Tak jak dla Wietnamczyków my jesteśmy chodzącymi dolarami, tak dla nas każdy jeden Wietnamczyk staje się naciągaczem. Nie chcieliśmy tego. Naprawdę ciągle wierzymy, że są w tym kraju ludzie, którzy chcą po prostu porozmawiać bez zaciągania nas do swojego sklepu i oferowania kilkukrotnie wyższych cen niż tubylcom. Rzeczywiście spotkaliśmy 2-3 takie osoby. Pojawią się w opowieściach z kolejnych miejsc, do których trafiliśmy. W tej historii wielu takich bohaterów nie ma 😉
Z autobusem rzeczywiście poszło nieźle – nie zapłaciliśmy „opłaty turystycznej” prawdopodobnie ze względu na wietnamską kartkę, którą dostaliśmy od wspomnianej wyżej Linh. Był to autobus z miejscami sypialnymi. Trzy rzędy piętrowych łóżeczek dziecięcych (lub rozmiaru azjatyckiego, jak kto woli) ustawionych wzdłuż autobusu. Autobus był wypełniony wyłącznie tubylcami. Sąsiadka Anny była bardzo miła, próbowała z nami rozmawiać łamanym angielskim. Dała również znać kiedy dojeżdżaliśmy do Ninh Binh. Podróż nie była długa, 2-3h. W tym czasie inna pani, tym razem raczej babcia, idąc do toalety zatrzymała się przy Ani, złapała za pultunek, pogłaskała po włosach i bez słowa poszła dalej.
Około 22:30 byliśmy na miejscu. Na głównej ulicy znaleźliśmy hotel za 200tys VND. Z własną łazienką, z której Anna raptownie wybiegła zostawiając mi brudną robotę. Karaluch. Uzbrojony w deet, prysznic i klapek tropiłem zwierzynę przez dobre 10 minut. Nie miał szans. Wypłukałem go zza umywalki prosto na podłogę i przypuściłem gwałtowny atak klapkiem. Szybka śmierć. Profesjonalna robota. Kobieta bezpieczna.
Następnego dnia rano – deszcz. W sumie mżawka. Prognozy nie były obiecujące, więc nie było na co czekać. Lokalni jeżdżą skuterami w każdą pogodę to my też możemy. Pożyczyliśmy piękny automat z przebiegiem 45tys km i już o 9:30 byliśmy nad rzeką w dolinie Tam Coc.

Tam Coc

Spływ rzeką kosztuje 260tys VND za łódź i dwoje pasażerów. Większość autobusów z turystami przyjeżdża tam około 9:00 rano, dlatego lepiej jest być wcześniej, aby uniknąć tłoku na rzece. Z naszym półgodzinnym spóźnieniem też było dobrze. Początkowo mieliśmy całą rzekę wyłącznie dla siebie, natomiast droga powrotna obfitowała już w drobne korki, mimo złej pogody.
Wiosła dzierżą wyłącznie wietnamskie kobiety. Wbrew pozorom idzie im to całkiem nieźle 🙂

Tam Coc

Dolina Tam Coc nazywana jest Halong Bay Pól Ryżowych. Trzeba przyznać, że jest to adekwatne określenie. Ogromne skały wyrastają z ziemi po obu stronach rzeki. Podczas 90 min spływu zobaczyć można hektary pól ryżowych oraz ludzi przy nich pracujących.

Tam Coc

Tam Coc

Tam Coc

Łódź kilkukrotnie przepływała przez jaskinie. Zupełna cisza i ciemność, tylko my i kobieta przebrana za Raidena. Wszystko może się wydarzyć.

Widoki naprawdę godne. Mimo mżawki i chłodu, nie mogliśmy oderwać oczu od natury, która otaczała nas ze wszystkich stron. Wsłuchując się w ciszę, kontemplując na temat sensu istnienia oraz rozważając wyższe wartości w życiu człowieka, kątem oka zobaczyłem łódź bezszelestnie podążającą za nami.

Tam Coc

Dotarliśmy do końca trasy spływu. Ślepy zaułek, a druga łódź jest coraz bliżej. Rozpoczął się doskonale znany nam dialog:
– Hallo sir and madam, do you want to buy something?
– No, thank you.
– Cola, beer? (same najpotrzebniejsze w danej chwili produkty)
– No, we don’t want it. Thank you.
– Banana?
– No!
– Sir, this is tip for her! (wskazując na naszą przewoźniczkę)
– No.
– Cookies, bananas?
– NO! Go away!
– (tutaj pada jeszcze kilka zdań po angielsku, trochę po wietnamsku)

Łódź oddala się. Słyszeliśmy o tej atrakcji wcześniej. Kupując dowolny produkt rzeczywiście zostawia się napiwek dla przewoźniczki. W związku z tym za banany płaci się około 200tys VND, gdzie ich cena zazwyczaj nie przekracza 20tys VND. Nasza pani przewoźnik rzeczywiście lekkiej pracy nie ma, więc bez żadnych zakupów postanowiliśmy dać jej 20tys. Ładnie podziękowała, uśmiechnęła się. 10 minut później zapytała czy nie chcemy kupić czegoś od niej. Później podpłynęła do innej kobiety sprzedającej obrusy (tak – na środku rzeki), ale ta była zajęta innym klientem, więc udało nam się jej uniknąć. Pod koniec podróży nasza przewoźnik raczyła stwierdzić, że 20tys które jej daliśmy to trochę mało i wolałaby żebyśmy dali jej 50tys. Do samego końca podróży pomijaliśmy te kwestię milczeniem.
W Wietnamie trzeba się do tego przyzwyczaić. Kraj jest piękny i ma wiele do zaoferowania. Jednocześnie ludzie chcą jak najwięcej od turystów. Po 2 tygodniach wiemy już, że jeśli ktoś lokalny za dobrze mówi po angielsku, najlepiej jest bez słowa się oddalić. Jeśli tego nie zrobimy to przepłacimy kilkukrotnie za to co nam zaoferuje. Najlepiej kupować od ludzi, którzy targują się pokazując kwotę na palcach.
Po zakończonym spływie pogoda pogorszyła się. Spadł solidny deszcz, a my byliśmy już wystarczająco zziębnięci. To może kawka? W Tajlandii wypiliśmy jedną kawę na pół w ciągu miesiąca. W Laosie dwie. W Wietnamie ciężko odmówić sobie porannej kawki. Jednego dnia osłupiałem, gdy po śniadaniu Anna powiedziała: ‘a może pójdziemy na kawę?’ – wielki kawowy wróg zmienia się w smakosza. Tak, tak. Wietnamską kawę się smakuje. Nawet gdy taka Anna przez 26 lat obdarzała ten napój wysoką pogardą, teraz cieszy się siedząc na malutkim stołeczku wśród tubylców sączących czarną jak smoła wietnamską Ca Phe.
W Wietnamie korzysta się ze specjalnych filtrów, do których wsypuje się zmieloną kawę i zalewa niewielką ilością wody. Powstała ilość jest niewielka jednak bardzo mocna. Dodatkowo stosuje się skondensowane mleko słodzone, w Polsce znane jako ‘mleko w tubce’. Piękna rzecz. Do tego porcja kosztuje 10-15tys VND (do 1,50zł). Wydaje mi się że już nigdy mogę nie pojawić się w Starbucks..

Ca Phe

Po kawie nadszedł czas na odnalezienie pobliskich jaskiń i świątyń. Pobudzeni kofeiną, żwawo rozważaliśmy następne poczytania, a nasze głosy zostały usłyszane przez Martę i Jacka z Krakowa siedzących w kafejce obok. Zwiedzają Wietnam w przeciwnym kierunku niż my, czyli jadąc z południa na północ. To pozwoliło nam wymienić się informacjami. Niektórzy pewnie pamiętają jak na początku studiów wspominałem, że jedna z rzeczy, które w życiu muszę zrobić to przejażdżka na strusiu. Pamiętacie? Marta i Jacek jechali na strusiach.  A ja pisząc ten tekst siedzę w autobusie, który za kilka godzin powinien zatrzymać się w miejscu przez nich wskazanym 😉
Wspólnie zwiedziliśmy okoliczne świątynie. Spotkaliśmy też prawdziwego wietnamskiego mistrza wyglądającego jak klasyczny chiński mistrz z filmów. Niestety strach mnie obleciał i stoję dość daleko..

Tam Coc Temple

Tam Coc Temple

Następnie udaliśmy się do Mua Cave, a w zasadzie na szczyt góry, w której ta jaskinia się znajduje. Droga okazała się być dłuższa niż myśleliśmy. W połowie drogi zawróciłem na parking po skuter. Wystarczyło paliwa, żeby przewieźć pojedynczo każdego pasażera pod samą górę. Wstęp płatny 50tys VND od osoby + 5tys za parking. Z daleka schody prowadzące na górę wyglądają jak miniaturka muru chińskiego.

Mua Cave

Przed schodami najduje się piękny ogród, a samo wejście bogate jest w punkty widokowe, z których rozpościera się piękna panorama na pola ryżowe widoczne, aż do linii horyzontu.

Mua Cave

Mua Cave

Pogoda niestety nie do końca sprzyjała. Mimo że przestało padać i tak szczyt góry był we mgle. Chwilami można było dostrzec łodzie na rzece w dolinie Tam Coc, jednak zbyt słabo, żeby uchwycić to na zdjęciu naszym niezawodnym kompaktem. Na szycie znajdują się różne obiekty religijne.

Mua Cave

Mua Cave

Mua Cave

Dochodziła godzina 16:00, więc wyglądało na to, że będzie to nasza ostatnia atrakcja tego dnia. Pożegnaliśmy się z Martą i Jackiem. Tu nasza podróż się rozdziela. My jedziemy na południe – do ciepła, a oni na północ – do zimna J Pozdrawiamy!
Wróciliśmy do Ninh Binh, oddaliśmy skuter i poszliśmy na obiad. Co nas zaciągnęło w tę uliczkę.. naprawdę nie wiem. Z pozoru niewinny rodzinny interes. Babcia lat 70, zęby ciemnobrązowe od próchnicy i nie wiadomo czego jeszcze. W każdym bądź razie wszyscy bardzo mili. Pokazali nam składniki zupy i po zaakceptowaniu wskazali miejsca siedzące. W tym czasie babcia przyniosła jajko. Zadowolona pokazuje i kiwa głową czy chcemy. No.. jajko to jajko. Niech będzie. Poszła na zaplecze, obrała, posypała glutaminianem i przyniosła nam w miseczce. Niestety nie mamy zdjęcia. Prowadziliśmy wewnętrzną walkę dobra ze złem – co zrobić? Obrane jajko miało skrzydła. Było niewyklutą kaczuszką. Babcia bierze w ręce i zadowolona próbuje wrzucić nam do zupy. Uratowała nas jej córka. Zaśmiała się i zabrała „jajko”. Był to drugi raz podczas całej podróży gdy odmówiliśmy jedzenia (pierwszy raz był w lokalnej bimbrowni na północy Tajlandii gdzie wódkę zagryzano surowym mięsem wołowym z chili). To już połowa sukcesu – została jeszcze zupa. Każdy kto gotował kiedyś zupę na pewno widział „szumy”, które pojawiają się po chwili gotowania mięsa. Wyobraźcie sobie teraz, że te szumy zbiera się i wrzuca prosto do talerza. Na to trochę chrząstek, jakieś warzywo i makaron ryżowy. Jakoś poszło ale przeczucie mnie nie myliło. Następnego dnia rano z godziny na godzinę było już tylko gorzej. No i tym oto sposobem przepadły nam bilety do Hue, a ja spędziłem 2 dni w łóżku i w toalecie. Szczegółów Wam oszczędzę. Anna na szczęście cała i zdrowa, więc mogła mi dostarczyć lokalnych lekarstw oraz herbaty z imbiru. Podobno tym się leczy zatrucia w Wietnamie. Co pomogło – nie wiadomo. Grunt że pomogło, a zapasowe saszetki z imbirem będę miał ze sobą do końca wyjazdu.
Samo Ninh Binh nie jest zbyt piękne. Wszelkie atrakcje znajdują się kilkanaście kilometrów od miasta, więc najlepszym rozwiązaniem jest wynajęcie skutera. Najważniejsze chyba widzieliśmy. Pogoda nie sprzyjała, więc jak w miarę doszedłem do siebie, Anna kupiła kolejne bilety do Hue i tym razem już pojechaliśmy. Warto wspomnieć o dwóch rzeczach w samym Ninh Binh. Pierwszą jest market Chợ Rồng . Mnóstwo lokalnego jedzenia oraz ubrań. Przy czym ubrania w rozmiarze co najwyżej M.

Market Ninh Binh

Druga rzecz warta wspomnienia nie tyle w Ninh Binh, ale w całym Wietnamie to właśnie bilety. Chcąc ominąć pośredników znaleźliśmy dworzec autobusowy i kupiliśmy bilety do Hue u źródła. Kosztowały 700tys VND za nas dwoje, a na bilecie widniała… nazwa hostelu, który rzekomo nam te bilety sprzedał. No to tak ominęliśmy pośredników. Następnym razem Anna poszła już prosto do tego hostelu. Zwrotu za niewykorzystane bilety nie dostała, ale kolejne kupiła już za 500tys VND. W Wietnamie nic nie ma ceny. Jedynie w supermarketach, których jest niewiele można znaleźć stałe ceny. Poza supermarketem trzeba z miejsca pytać o kwotę o 50% mniejszą niż to co proponują tubylcy. Najpierw kręcą głową, że nie. Wtedy pytamy o -40%. Oni niewzruszeni. Odwracamy się na pięcie i odchodzimy słysząc „ok, ok!” – i kupujemy. Niestety mamy na czole napisane dużymi drukowanymi literami we wszystkich azjatyckich językach: TURYSTA.

Pozdrawiam,
P

Komentarze

One comment on “Ninh Bình – dolina Tam Cốc

  • Aniu- bardzo dobrze, że dałaś się Pawłowi wykazać w walce z karaluchem! xD Ja ostatnio za jedną muchą ganiałam 15 minut ;).
    Ale wycieczka łodzią wspaniała! Szkoda, że trafiliście na taką pogodę, ale i tak widoki piękne :). Prawie, jak spływ Dunajcem, tylko u nas woda czystsza :P.
    Obrusy na środku rzeki? Bosko xD
    A mówią, że nasi górale są najbardziej pazerni na dudki ;).
    Niewykluta kaczuszka?! Aż boję się, co będzie następne 🙁

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>