New Delhi – pierwsze kroki w Indiach

Indie… Jesteśmy tu zaledwie jeden dzień, a już wiele osób zdążyło nas zapytać jakie one są. A czy my jesteśmy gotowi, żeby o nich opowiedzieć? Mimo że wiele się dziś wydarzyło, to sam zdążyłem już trzy razy zmienić swoją opinię na ich temat. Mało tego – myślę, że kolejne zmiany są już w drodze.

Lecąc do Tajlandii w styczniu 2014 roku mieliśmy ogólne pojęcie na temat kraju, który planowaliśmy odwiedzić. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Nie wiedzieliśmy o Indiach w zasadzie nic. Tekst na szybko przeczytanych stron z kilku książek podróżniczych przygotował nas jedynie na spotkanie z ogromną biedą, którą mieliśmy zobaczyć już w drodze z lotniska do hotelu. Rzeczywistość wydaje się jednak być inna. Jesteśmy tu co prawda dopiero niespełna dobę, ale jak na razie nie widzieliśmy setek żebrzących ludzi, których można by się spodziewać w New Delhi. Owszem, są pojedyncze osoby śpiące na ławkach lub na przystankach autobusowych, ale nie jest ich więcej niż np. w Bangkoku. Być może ten etap Indie mają już za sobą? Tego im życzymy.

Co zobaczyliśmy najpierw? Ogromne lotnisko, pełne hindusów o 1:40 nad ranem czasu lokalnego. Powietrze zamglone, mało klarowne. Jakby mgła? Na dworze około 15 stopni Celsjusza na plusie. Czekał na nas kierowca z hotelu, w którym zarezerwowaliśmy cztery pierwsze noclegi. Zawiózł nas prawie pod same drzwi hotelu, który nieznacznie różnił się wyglądem od tego co pokazano na zdjęciach podczas rezerwacji. Zdjęcie pozwoliłem sobie zrobić za dnia..

Nasz hotel - The Spot

Hotel The Spot przy ulicy Gandi Chali Wandi

Po zameldowaniu zabarykadowaliśmy się w pokoju i dopadł nas jet lag. Mimo zmęczenia ciężko było zasnąć. Około 8:00 rano zadzwonił budzik. W styczniu jasno na dworze jest tylko do 17-18 więc chcieliśmy wstać wcześniej, żeby jak najwięcej skorzystać z dnia. Przed śniadaniem weszliśmy na dach budynku i zobaczyliśmy taką oto panoramę:

Nasz hotel - The Spot

Hotel The Spot przy ulicy Gandi Chali Wandi – widok z dachu

Nasz hotel - The Spot

Hotel The Spot przy ulicy Gandi Chali Wandi – widok z dachu

Hotel zlokalizowany jest w samym środku wielkiego bazaru. Hindusi handlują to dosłownie wszystkim, od owoców, przez ubrania, aż do elektroniki. W związku z tym ruch jest naprawdę spory. Z każdej strony napierają ryksze, tuk-tuki, skutery i oczywiście piesi. Każdy postępując według swoich własnych zasad ruchu drogowego. W tym całym szaleństwie pojawiają się też naganiacze. ‚Hello my friend! Where are you from? Holand? I love Holand!’. Są dużo twardsi niż Tajowie (jeśli biorąc pod uwagę natarczywość) i nie odpuszczają. Chodzą za nami w te i z powrotem. Ilość bodźców jakie otrzymaliśmy w ciągu pierwszych 20 minut spaceru nas przerosła. Schowaliśmy się w pobliskiej świątyni, żeby obmyślić plan dalszego działania. Ustaliliśmy że pojedziemy metrem do jednego z wybranych punktów na mapie. Nie do końca ważne było do którego. Gdy chwilę ochłonęliśmy podszedł do nas elegancko ubrany hindus i z uśmiechem rzucił kilka porad – np żebyśmy kupili sobie hinduskie ubrania, ponieważ za bardzo rzucamy się w oczy, wszyscy widzą że dopiero przyjechaliśmy i że będą nas męczyć. Pokazał nam na mapie gdzie warto się dziś udać – a niewiele było takich miejsc ponieważ w poniedziałek większość zabytków zamknięta. ‚Musicie iść do government information center. Dadzą wam darmową mapę i kierowcę za pół darmo. W metrze jest niebezpiecznie’. Chwilę później już nas tam prowadził – w końcu znajdziemy prawdziwą informację turystyczną. Rzecz jasna zaprowadził nas do prywatnej agencji, która chciała z nas wydoić ile tylko by się dało. Uwolniliśmy się może po 20 minutach.

Zrezygnowani

Zrezygnowani turyści

Zdecydowaliśmy że odpuszczamy metro i łapiemy rykszę. Kurs do wybranego przez nas miejsca kosztował zaledwie 50INR więc był prawie darmowy. Do końca dnia odbyliśmy takich kursów jeszcze 5. Całe szczęście, że raz ustalona i wytargowana kwota była dotrzymywana. Kierowcy chcieli wywozić nas do sklepów z pamiątkami, ale nauczeni Tajlandią podnosiliśmy nieznacznie kwotę i jechaliśmy bezpośrednio do miejsca przeznaczenia. Czyli najpierw do świątyni bogini pieniądza – Laxmi Narayan. Zabrano nam na wejściu aparaty i telefony komórkowe, które mogliśmy odebrać dopiero po zakończeniu zwiedzania. Udało się jednak zrobić kilka zdjęć z ogrodu otaczającego świątynię.

Słoń

Słoń

Jogin

Jogin?

Drzewo

Drzewo

Japa

Japa

Dobre nastroje zaczęły nam wracać. Świątynia nie była zatłoczona, a obecni w niej hindusi byli bardzo życzliwi. Spotkaliśmy tam również podróżującą samotnie Australijkę, która opowiedziała nam jak zorganizowała sobie całodniową taksówkę wożącą ją przez cały dzień po New Dehli za całkiem przyzwoitą kwotę 700INR. Za 2 dni planujemy zrobić to samo. Dziś jednak korzystaliśmy już wyłącznie z tuk-tuków.

Obok świątyni była kantyna. Prawie jak ta, w której stołuję się czasami w poznańskim inkubatorze, jednak tutaj jedzenie było o wiele lepsze.

Soczewica

Soczewica na ostro z pierogiem

Trzeba przyznać, że hindusi nie żałują ostrych przypraw. W zasadzie to nie żałują żadnych. Potrawy są solidnie doprawione pod każdym względem. W oczach Anny pojawiły się wtedy pierwsze łzy.

Kolejny tuk-tuk zabrał nas pod Rashtrapati Bhawan – siedzibę władcy. Okazało się jednak, że przez najbliższe półtorej godziny nikt nie ma wstępu na teren ogromnego kompleksu majestatycznych budynków. Postanowiliśmy więc obejść je dookoła, co okazało się nie lada wyzwaniem. Po drodze spotkaliśmy między innymi niewinnie wyglądające małpy.

Małpa

Człekokształtny

Następnie trafiliśmy do Rakabganj – świątyni sikhów. Podeszło do nas kilku starszych panów z brodami noszących turbany i wyjaśniło, że to ich świątynia i że bardzo się cieszą że jesteśmy, ale wchodząc nie możemy ze sobą mieć papierosów, ani narkotyków bo to jest tutaj wzbronione. Super – akurat nie mieliśmy.. Następnie musieliśmy zdjąć buty i założyć okrycie głowy – nie mieliśmy własnych turbanów, więc mogliśmy użyć ogólnodostępnych materiałów.

Małpa

Turbany

Nie mogliśmy jednak robić zdjęć w świątyni. W środku było kilkadziesiąt osób, zarówno mężczyźni jak i kobiety, którzy modlili się tam wspólnie. Obok świątyni był plac budowy, na którym pracowało kilkunastu mężczyzn w turbanach. Widząc nas zastygli w bezruchu i bez skrępowania byli w nas wpatrzeni przez następne kilka minut. Ciężko powiedzieć kto dla kogo był większą atrakcją.

Idąc dalej przyjęliśmy prawdziwy hinduski posiłek w nienagannej, luksusowej restauracji.

Ryż

Ryż z czymś – na ostro

Chapati

Chapati – z czymś na ostro

Kucharz

Kucharz sprzedający powyższe za 30INR

Restauracja

Luksusowa restauracja

Najedzonych i ze łzami w oczach, kolejny tuk-tuk zawiózł z powrotem pod Rashtrapati Bhawan.

Tuk-tuk

Tuk-tuk

Parlament

Parlament

Małpa na dachu

Małpa na dachu

Budynki podziwiać można wyłączenie z zewnątrz. Po woli atrakcji byłoby dość, więc złapaliśmy tuk-tuka, który zawiózł nas z powrotem na bazar, w okolice hotelu.

Bazar

Bazar

Namierzyliśmy stoisko ze świeżymi kokosami i pozwoliliśmy sobie wypić po jednym. Wtedy podszedł do nas elegancko ubrany hindus, prosząc żebyśmy wypili na miejscu i odłożyli skorupę do skrzynki obok. W międzyczasie podpytał czy widzieliśmy już Taj Mahal i ogólnie co robimy, skąd jesteśmy. Powiedział żebyśmy nie brali wycieczki z hotelu, ponieważ skasują nas jak za zboże i żebyśmy wzięli pociąg. Powiedział że trzeba iść do biura dworcowego, gdzie rezerwują bilety, wyjdzie nam taniej. Napisał nam na kartce numery 4 pociągów, które odjeżdżają o konkretnych godzinach. Następnie zaczął mówić gdzie rezerwuje się bilety i że tuk-tuk powinien nas tam zabrać za 20INR bo to bardzo blisko, ale nie ma chodnika, żeby iść pieszo. Opowiadając tak poczekał aż skończymy kokosy, a następnie niewiele się wahając złapał dla nas tuk-tuka, powiedział kierowcy że za 20INR ma nas zawieźć do rezerwacji biletów i miło się pożegnał. Kierowca zawiózł nas… pod prywatne biuro podróży. Czy można dać się tak wydymać dwa razy już pierwszego dnia? Można.

Po 20 minutach udało nam się wyjść bez żadnego zakupu i złapać kolejnego tuk-tuka tym razem prosto do hotelu i już nie za dziwnie małe 20INR…

Z ciekawostek na sam koniec – tutaj Trip Advisor jest wszędzie. Każdy ma świeżutki certyfikat na wszystko. Nasz hotel, restauracja obok, złodziejskie biuro podróży, albo… budka z kurczakiem i kiełbaskami.

trip

Certyfikat jakości…

Bazar

Bazar wieczorową porą

Pierwszego dnia jak widać wiele się wydarzyło. Jakie są Indie? Tego jeszcze nie wiemy. Będziemy je poznawać jeszcze przez kilka tygodni. Jak na razie są jedną wielką zagadką, z którą trzeba postępować niezwykle rozważnie 🙂

P

Komentarze

5 comments on “New Delhi – pierwsze kroki w Indiach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>