Motocyklem do Rumunii

Każdy z nas słyszał kiedyś o takim kraju jak Rumunia, ale stosunkowo niewielu miało okazję zobaczyć go na własne oczy. Równie niewielu ma o tym kraju pojęcie większe niż ja jeszcze kilka dni temu. Nie powiem żebym nagle stał się znawcą, ale z całą pewnością mogę oświadczyć, że moje pojęcie o Rumunii uległo znacznemu przeobrażeniu. W zeszłą środę wiedziałem jedynie, że mogę spodziewać się tu obecności wielu cyganów i że gdzieś w rejonie zwanym Transylwanią stoi zamek, w którym kiedyś prawdopodobnie przebywał Vlad Palownik znany w szerszych kręgach jako Dracula. Ponadto sam wysnułem przypuszczenie, że nie jest to kraj nazbyt bezpieczny, więc korzystając z okazji, że nie zabieram ze sobą żony i nie mam nikogo pod opieką poza rosłym kolegą Tomaszem, który w razie potrzeby zadba sam o siebie, ruszyłem w motocyklową podróż na podbój tego rzekomo dzikiego kraju. Ale najpierw, krótka historia o tym jak to się stało, że w ogóle dotarliśmy do Rumunii…

Wyruszyliśmy w czwartek 13.07.2017 z samego rana (czyli po śniadaniu, tankowaniu, pakowaniu bagażu.. innymi słowy około południa). Po drodze zajechaliśmy jeszcze po podręczny smar do łańcuchów, nieprzemakalne wdzianko zakładane na regularny strój motocyklowy w razie nagłej potrzeby oraz rękawice do jazdy w każdą pogodę. Motocykle są wyposażone wyłącznie w tylne kufry mieszczące do 10kg bagażu co w zupełności pokrywa nasze zapotrzebowanie na 8 dni podróży.
Ruszyliśmy autostradą A2 z Poznania w kierunku Łodzi. Pierwotny plan zakładał, że zatrzymamy się na noc gdzieś w południowo-wschodniej Polsce, a pierwszym ważnym przystankiem na naszej trasie będzie Lwów. „Pierwotny”, ponieważ gdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w okolicach Łodzi, Tomasz oświadczył, że… zapomniał paszportu. Nie chciało nam się już wracać do Poznania, więc przeplanowaliśmy szybko trasę, zrezygnowaliśmy z pobytu na Ukrainie i zdecydowaliśmy się dojechać tego dnia do Zakopanego. A później mieliśmy pomyśleć co ewentualnie począć dalej.
Wszystko szło pięknie. Omijaliśmy korki jadąc poboczem, wyprzedzaliśmy tira z tirem, aż tu nagle… Tomasz zauważył, że nie mam tablicy rejestracyjnej. Musiała odpaść na jakimś wyboju. Piękna sprawa. Dojechaliśmy do Częstochowy, gdzie spożywając wartościowy i odżywczy posiłek w formie lodów z polewą bodajże czekoladową, przetrząsaliśmy Internet w poszukiwania rozwiązania naszego problemu. Wykonaliśmy kilka telefonów i umówiliśmy się z odpowiednim specjalistą w miejscowości Racibórz. Dojechaliśmy tam około godziny 19:00. Nowa tablica została przykręcona tym razem solidnie – na blachowkręty. Wszak jazda bez tablic rejestracyjnych jest zabroniona.
Zdążyliśmy jeszcze zjeść szybką pizzę calzone w Raciborzu i zaczęło robić się późno. Mieliśmy za sobą już ponad 500km więc o dojeździe do Zakopanego tego samego dnia nie mogło być mowy. Szybki telefon do Cieszyna i mogliśmy spędzić nocleg u rodziny Tomasza tuż przy samej granicy z Czechami.
Cieszyn jest idealny punktem wypadowym na południe Europy, ale zdecydowaliśmy się nie ignorować atrakcji turystycznych jakie niesie nasz piękny kraj więc w pierwszej kolejności udaliśmy się do Wisły i wypiliśmy kawkę na tarasie rezydencji prezydenckiej. Jak wakacje to wakacje. Nie chodzi przecież tylko o to, żeby nakręcić kilometry..

Pod rezydencją prezydenta

Kawiarnia w rezydencji prezydenta RP

Następnym punktem była miejscowość Żywiec, a w niej muzeum i fabryka piwa. Patrząc na magazyn, nie da się zaprzeczyć stwierdzeniu, że Polacy piją duuuużo piwa.

Muzeum Żywca

Produkty Żywca

Prowadzeni chęcią przejazdu przez słowackie góry, przekroczyliśmy granicę w miejscowości Korbielów. Gór nie było. Ani kawałka. Jechaliśmy za to przez słowackie wioski średnio 50km/h. Okrutnie nudny odcinek trasy, a jedyną atrakcją był Zamek Orawski. Imponujący z zewnątrz, jednak nie udało nam się go zwiedzić, ponieważ kompleksowa wycieczka trwa 2h 45min na co tego dnia nie mogliśmy już sobie pozwolić.

Zamek Orawski

Jechaliśmy do Koszyc odwiedzić znajomego Słowaka o imieniu Marek. Na trasie minęliśmy jeszcze jeden imponujący zamek, doskonale widoczny z autostrady oraz kilka mniejszych. Myślę że bez problemu można by poświęcić cały dzień wyłącznie na zwiedzanie przydrożnych zamków na Słowacji.
Dojechaliśmy do Koszyc około 18:00. Zaparkowaliśmy w bocznej uliczce odchodzącej od głównego deptaku w centrum miasta. O ile sam deptak wyglądał zacnie, był pełen zbytków, restauracji i jedzących w nich ludzi, to okolice były pełne ludzi biednych, proszących o pieniądze. Gdzieś na obrzeżach Koszyc jest dzielnica Lunik IX, w której nie ma prądu, bieżącej wody, ani wywozu śmieci, ale mieszkają tam i żyją ludzie. Legendy głoszą, że nie powinno się tam wjeżdżać ze względów bezpieczeństwa, więc tym razem nie kusiliśmy losu.
Wróćmy do centrum miasta. Znajduje się tam imponujących rozmiarów Katedra św. Elżbiety. Podobno w jej murach znajduje się jedna cegła, po której wyciagnięciu cały budynek uległby zawaleniu. Stoi ona na samym środku deptaku, wzdłuż którego po obu stronach ciągną się rzędem restauracje. Słychać również muzykę graną na żywo. Słowak Marek zaprosił nas do jednej z nich na haluszki z bryndzą.

Kościół św. Elżbiety w Koszycach

Haluszki z bryndzą

Spotkanie ze Słowakiem Markiem było o tyle zabawne, że Tomasz mówił do niego po polsku, a on do Tomasza po Słowacku. Patrzyłem na ten spektakl z zaciekawieniem, próbowałem podążać za rozmową, ale nic z tego. Ale chłopaki najwyraźniej doskonale się dogadywali. Z tej rozmowy zapamiętałem, że Rumunia po słowacku to Rumuńsko, a Węgry to Madziarsko. Pojęcia te na stałe trafiły do naszego słownika i od tej pory jeździliśmy już tylko przez Madziarsko do Rumuńska.

Deptak w Koszycach

Z Koszyc wyjechaliśmy około 20:30 i ruszyliśmy w stronę madziarskiego miasteczka Tokaj. Chwilę po przekroczeniu granicy z Węgrami zrobiło się ciemno, a stan dróg uległ znacznemu pogorszeniu. Dodatkowo nazwy miejscowości w Madziarsku są niepodobne zupełnie do niczego i nie sposób ich spamiętać. Ponadto drogowskazy nie za często zawierają numery dróg. W związku z tym robiliśmy częste postoje na zlokalizowanie się oraz weryfikacje trasy. Przejeżdżając przez przygraniczne wioski często spotykaliśmy grupy cygańskiej młodzieży obserwujące nasz przejazd z zainteresowaniem. Udało nam się bezpiecznie dotrzeć na miejsce około 22:30, ale ustaliliśmy, że w kolejnych dniach będziemy unikać przejazdów nocą. Póki co prawie nam się to udaje.
Przy naszym hotelu (który dla odróżnienia od wszystkich pozostałych nazywał się „Hotel Tokaj”) znaleźliśmy chyba 7 motocykli z czego 3 lub 4 miały polskie numery rejestracyjne. Gdy tylko dojechaliśmy pod hotel, przybiegł do nas jeden z Polaków, który również wybierał się do Rumuńska wraz z dziesięcioosobową grupą znajomych. Wygląda na to, że Rumunia staje się coraz bardziej popularną destynacją wśród polskich motocyklistów. To bardzo dobry znak.
Tokaj… cóż. Znany przede wszystkim z produkcji wina. Można wypić Tokaja dobrego lub niedobrego. Zależy jak się trafi. Na pewno większe szanse na wypicie dobrego ma ten, kto wie co kupuje. My udaliśmy się do jednego z barów przy głównej ulicy na starym mieście, zamówiliśmy butelkę i usiedliśmy na zewnątrz wśród rozochoconych i głośnych Madziarów. Krzyczeli, śmiali się, rozmawiali. Byli raczej mocno ekspresyjni. W końcu się pobili. Dość zabawnie ponieważ jeden dziadek z jednym młodszym od siebie o dobre trzydzieści lat zaczęli podskakiwać do siebie jak koguciki. Udało nam się uratować butelkę z Tokajem, jednak kieliszki poleciały na beton.
W hotelu na dobry sen kupiliśmy jeszcze jedną butelkę, ale tutaj niestety nie dało się nic zdziałać. Słodki, śmierdzący bimbrem i zwyczajnie niedobry Tokaj został pozostawiony sam sobie do dalszej fermentacji.

Szczerze nietrafiony towar…

Slow food w Tokaj

Recepcjonista powiedział nam, że korzystniej będzie zjeść coś na mieście niż kupować śniadanie w hotelu. Poszliśmy więc za jego radą i po wymeldowaniu się z pokoju poszliśmy zwiedzić kawałek miasta i posilić się przed wyjazdem. Stare miasto składa się w zasadzie z jednej ulicy. Na tej ulicy jest kilka restauracyjek i dokładnie wszystkie są rano zamknięte. Na głównym placu, tuż naprzeciwko kościółka Jézus Szíve, znajduje się sklep spożywczy, w którym oferta również nie jest zbyt bogata. Można tam jednak kupić wodę na drogę i np. ciasteczka zbożowe… Co mogę napisać, żeby nie zniechęcić, a jednocześnie pozostać szczerym? Może najlepiej jeśli do Tokaj pojedzie znawca win węgierskich i skorzysta z jednej z dostępnych degustacji, których w Tokaju nie brakuje. Pozostałych ta miejscowość raczej niestety nie zachwyci. Niemniej jednak jest to doskonały punkt na przystanek w drodze do Rumuńska (niekoniecznie na nocleg).

Jézus Szíve Templom

Fontanna w Tokaj

Tokaj

Z Tokaj dojechaliśmy do Nyiregyhaza, gdzie znaleźliśmy otwartą od 11:00 restaurację, która zaserwowała nam doskonałą zupę gulaszową i sok pomarańczowy. Następnie zatankowaliśmy, kupiliśmy na stacji benzynowej winietę na korzystanie z madziarskich autostrad (około 4.5 eur) i ruszyliśmy prosto na Rumuńsko.

Węgierska zupa gulaszowa

Niespodzianka czekała nas na granicy – sprawdzanie dowodów rejestracyjnych oraz dowodów tożsamości jak za starych dobrych czasów. Na szczęście odbyło się bez problemów i zbędnych dyskusji. Wjechaliśmy do Rumunii.

Wjeżdżamy do Rumunii

Trasa Poznań – Carei czyli pierwsze 2 dni podróży

P

Komentarze

One comment on “Motocyklem do Rumunii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>