Kumily – przyprawowy raj

Z letargu wybudził nas głośny okrzyk „Kumily Kumily!” wydany przez kierowcę autobusu. Chłodne powietrze na zewnątrz oraz otaczająca nas ciemność, jednoznacznie wskazywały na to, że jest noc. Jak zwykle nie byliśmy na to przygotowani. Nie mieliśmy ani mapy, ani przewodnika, a już na pewno nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu. Spodziewaliśmy się nagłego ataku rykszarzy, który zgodnie z panującymi tu obyczajami następuje zaraz po opuszczeniu autobusu. A tu nic. Cisza.

Była piąta nad ranem. Koło dworca kręciło się bez celu kilku podejrzanych typów, ale nikt nas nie zaczepiał. Dziwne. Pewnie kierowca się nudził i postanowił wysadzić nas dla zabawy na jakiejś wiosce, gdzie nigdy jeszcze nie stanęła biała stopa. Nie pozostawało nam nic innego jak tylko przejść najbardziej „główną” ulicą i poszukać noclegu. Okazało się, że naprawdę jesteśmy w Kumily i że jest tu hotel na hotelu – tylko że wszystkie zamknięte. Gdy już udało nam się do któregoś dostać to słyszeliśmy tylko jedno słowo: „full”.
Tymczasowo zagnieździliśmy się więc w korytarzu jednego z hoteli i zostaliśmy tam do świtu. Będąc w Bangalore, kupiliśmy lokalną kartę SIM z dostępem do Internetu, więc tym razem mieliśmy szansę na znalezienie noclegu online. Warto zaznaczyć, że aby kupić pre-paid SIM w Indiach potrzebny jest paszport, wiza, osobne zdjęcie paszportowe oraz zestaw wypełnionych formularzy. Tego wszystkiego nie zrobimy w zwykłym kiosku, lecz wyłącznie w salonach operatorów sieci komórkowych takich jak Vodafone.
Rezerwacji przez serwis booking.com raczej unikamy, ponieważ bezpośrednio po dokonaniu takiej rezerwacji zazwyczaj otrzymywaliśmy informację, że do ceny zostanie doliczone jeszcze 20% „podatku”. Sprytne. Korzystając tym razem z Google, namierzyliśmy całkiem sympatyczny guesthouse zlokalizowany około 3km od centrum. Około 7:00 zabraliśmy plecaki i pieszo ruszyliśmy w drogę. Podczas spaceru spotkało nas kolejne zaskoczenie – żaden z mijających nas rykszarzy nie trąbił, nie krzyczał i nawet nie zwalniał na nasz widok. Coś niesamowitego. Jakbyśmy byli niewidzialni.
Po około 40 minutach byliśmy już na miejscu. Dean Dale okazał się być bardzo przyjemnym miejscem. Domowy guesthouse prowadziła kobieta doskonale mówiąca po angielsku. Przyrządzała nam śniadania, herbatę z mlekiem i udzielała odpowiedzi na wszystkie nasze pytania. Pierwszy dzień zaczęliśmy od wycieczki do jednego z licznych „domów przypraw” – tzw. Spice Garden. W okolicy Kumily jest ich całe mnóstwo, ponieważ ten rejon Indii słynie z doskonałej jakości przypraw oraz herbat, które są tu uprawiane i eksportowane na cały świat.
Pierwszy raz mieliśmy okazję na żywo zobaczyć jak rośnie zielony i brązowy kardamon, kawa, pieprz, ananasy i wiele innych roślin. Ponad godzinna wycieczka po ogrodzie z przewodnikiem kosztowała zaledwie 100INR. W naszej grupie była również para młodych hindusów spędzających w Kumily swój miesiąc miodowy oraz para starszych Niemców, którzy w Kumily spędzali swój wolny, emerycki czas.
W pierwszej kolejności przyszło nam zobaczyć niewielkie pole ananasów. Uprawia się je w bardzo prosty sposób – trzeba oderwać górną, zieloną część ananasa, a następnie wsadzić ją w ziemię. Następnie trzeba cierpliwie czekać, aż z zielonych liści nagle wyrośnie miniaturowy ananas, który następnie osiągnie rozmiary owoców, które możemy znaleźć na co dzień w biedronce.

Młody ananas


Zaraz obok ananasów rosło drzewo cynamonowe. Cynamon, którego używamy w kuchni to nic innego jak kawałki kory. Zrywa się ją po kawałku z drzewa i rozdrabnia. Czyli można powiedzieć, że dobra szarlotka powinna zawsze pachnieć drzewem.

Cynamon


Następnie przewodnik pokazał nam drzewo wprost obsypane figami… których nikt nie je. Z jakiegoś powodu tych fig akurat się nie jada. Po prostu spadają na ziemię i gniją. Aż żal było patrzeć.

Figi


A skąd w kuchni mamy goździki? A z nierozwiniętych kwiatów takiego oto krzaka. Ważne żeby z ususzonego już goździka dało się wycisnąć kropelkę oleju. Każdy sprzedawca, który starał się nam opchnąć woreczek swoich przypraw, zawsze brał do ręki kombinerki i wyciskał olej z suchego goździka. Także lepiej natychmiast idźcie do kuchni i sprawdźcie jak Wasze goździki!

Goździk – tak, wiem, nieostry


Bananowce – ten temat poruszaliśmy już nie raz. Kwiat bananowca również pojawiał się w poprzednich postach. Z tą różnicą, że wszystkie poprzednie kwiaty bananowca rosły „w dół”. Ten poniżej rośnie natomiast pionowo w górę. W związku z tym, ani kwiat, ani późniejszy owoc – nie są jadalne.

Kwiat banana rosnący w górę – niejadalny


Kardamon w naszej kuchni gości od kiedy poznaliśmy Ranjita w Finlandii cztery lata temu (może pięć?). Przyrządzał nam wtedy aromatyczną herbatę z mlekiem i zielonym kardamonem. Próbowaliśmy odtworzyć taką samą miksturę w Polsce, ale nie mimo wielu zużytych nasion kardamonu, nigdy nie uzyskaliśmy odpowiedniego smaku i aromatu. Głównie dlatego, że nasze nasiona kupiliśmy w Polsce, a Ranjit swoje przywiózł z Indii. Dlatego będąc teraz w Kumily, ani trochę nie oszczędzaliśmy na zakupie zielonego kardamonu. Dodatkowo właścicielka guesthouse’u pokazała nam później jak rozpoznać dobry kardamon. Po rozłupaniu, ziarenka w środku powinny być czarne, a łupina powinna być jednolita, bez żadnych przebarwień. Powiedziała nam też szczerze, że bez względu na to co jest napisane na etykiecie, nie ma czegoś takiego jak „organic spices”. Obecnie nie da się wyhodować pięknego kardamonu bez użycia pestycydów. Co innego kawa – podobno da się ją jeszcze uprawiać bez wspomagaczy.

Kwiat zielonego kardamonu


Zielony kardamon


Po nacieszeniu oczu kardamonem, przewodnik zerwał z sąsiedniego drzewa żółtawy owoc, rozłupał go i wyciągnął kilka pestek. Był to kakaowiec. Pestki nie są jadalne, ale można zjeść słodki miąższ, który je otacza. Pestki natomiast przylecą z nami do Polski i trafią do doniczki.

Owoc kakaowca


Nadszedł czas na pieprz. W Kumily i w całym stanie Kerala jest go naprawdę dużo. Rośnie jak bluszcz i oplata całkowicie pnie drzew, przy których go zasadzono. I teraz ciekawostka – w Polsce mamy pieprz czarny, czerwony, biały i zielony. A w Indiach mamy tylko czarny. Przewodnik wyjaśnił nam, że wszystkie rodzaje pieprzu powstają z owoców tej samej rośliny, a różny jest tylko sposób przygotowania. Co gorsza, do uzyskania np. pieprzu białego, wykorzystywane są substancje chemiczne. W Indiach pieprz to zawsze pieprz czarny, a pieprz zielony to nic innego jak świeży pieprz (widoczny poniżej), który po zebraniu i ususzeniu na słońcu stanie się czarny.

Pieprz


Pieprz i ja


W ręku przewodnika pojawiła się miniaturowa papryczka chili. Miałem dziwne wrażenie, że już kiedyś ją widziałem. Tak… Kiedyś zamówiłem przez Internet suszone papryczki o nazwie Bird’s Eyes i niewiele myśląc, jadłem jedną w całości, a drugą podałem koledze – niejakiemu Kaczorowi. Przez dobre pół godziny czuliśmy dokładnie, gdzie w żołądku została umiejscowiona papryczka po połknięciu. Ból promieniował aż pod wątrobę…

Bird’s eye chili – jedno z najostrzejszych odmian chili


Przyprawy którą omawialiśmy następnie, bardzo brakuje nam w Polsce. Świeża trawa cytrynowa idealnie pasuje np. do grillowanych w całości ryb, a także do wszystkich tajskich i indyjskich curry. Wersja sproszkowana to już niestety nie to samo. Wygląda jak zwykła trawa, natomiast ma bardzo intensywny zapach i smak przypominający cytrynę.

Trawa cytrynowa – zapach się zgadzał


W ogrodzie hoduje się również pszczoły – i to nie byle jakie! Najmniejszy znany gatunek pszczół. Z jednego ula rocznie uzyskuje się niewiele ponad 100ml miodu.

Najmniejsza pszczółki świata


A tutaj warzywna zmora znana nam dobrze z Tajlandii – bitter melon (gorzki melon), czyli coś w rodzaju okropnie gorzkiego ogórka. Nie wiemy dlaczego ludzie to jedzą. Trzeba uważać, bo lubią wrzucić go np. do zupy…

Specjalnie pielęgnowany – gorzki melon


Podczas godzinnej wizyty w ogrodzie zdążyły nas solidnie pogryźć komary. Gdy powiedzieliśmy o tym przewodnikowi, natychmiast ruszył w kierunku sadzonek aloesu. Natarcie aloesowym śluzem ugryzionego miejsca, łagodzi podrażnienia (coś jak płyny do higieny intymnej reklamowane w tv).

Aloes łagodzi ugryzienia komarów


A oto i owoc, który przemyciliśmy w bożonarodzeniowym cieście zjedzonym w wigilię przez moich współpracowników. Większość z nich nie była na to gotowa  Tak właśnie wygląda – jak wielki, chropowaty cycek. Jack Fruit!

Jack fruit


Pozostałą część dnia spędziliśmy snując się bez celu po mieście i okolicach naszego hotelu. Wieczorem udaliśmy się na nocny, trzygodzinny spacer po dżungli, wypatrując pomiędzy drzewami błyszczących oczu leśnych zwierząt. Towarzyszyło nam dwóch uzbrojonych w strzelby strażników. Dżungla i jej mieszkańcy to jednak dość obszerny temat, więc jeśli czas pozwoli, Anna opisze go w oddzielnym poście.
Następnego dnia podczas śniadania poznaliśmy Kanadyjczyka o imieniu Owen. Jak na Kanadyjczyka przystało, był to bardzo wyluzowany i chętny do podejmowania różnych działań człowiek. Planowaliśmy wypożyczyć z dziewczynami skutery, ale brakowało chętnej do prowadzenia pojazdu. Mimo że jesteśmy w Indiach, to jazda we trójkę na jednej maszynie raczej nie należała do łatwych i przyjemnych. I tu właśnie z nieba spadł nam Owen. Chętnie objął stanowisko kierowcy i zabrał Kasię jako pasażerkę. Razem pojechali na skuterku, podczas gdy mi i Annie trawił się taki oto ogier z manualną skrzynią biegów i licznikiem wskazującym 65tys. km (obstawiam, że licznik zrobił już raz lub dwa pełne okrążenie i wcale nie wskazywał 65tys po raz pierwszy…)

No to w drogę


Do końca dnia jeździliśmy po okolicznych wioskach. Zatrzymaliśmy się przy jednej z plantacji herbat, gdzie odbywało się jakieś święto. Przy wejściu na teren plantacji stała puszka na pieniądze z napisem… ABAP!

Zbiórka na konsultantów


Plantacja herbaty była naprawdę duża. Przez jakiś czas szliśmy krętymi uliczkami pomiędzy roślinami, jednak za każdym razem pola uprawne sięgały aż po horyzont.

Herbata rośnie


Nie byliśmy do końca pewni czy w tych okolicach żyją węże, ale ten kawałek skóry rozwiał jakiekolwiek wątpliwości.

Kawał wężowej skóry


Dzieciaki w herbacie


Nie obyło się również bez pań pracujących przy uprawie herbaty. Jedna z nich zapisała nam bardzo dokładnie swój adres, na który po powrocie do Polski wyślemy jej zdjęcia zrobione na plantacji.

Herbaciarki


Jeździliśmy bez większego celu przez cały dzień. Przez większość czasu otaczały nas bezkresne plantacje herbaty, aż w końcu trafiliśmy do jednej z fabryk, do której z jednej strony trafiają świeże liście, a z drugiej wychodzą worki pełne gotowego do sprzedaży herbacianego suszu. W Indiach pije się przede wszystkich herbatę czarną. Oprowadzono nas po fabryce i wyjaśniono krok po kroku jak liście fermentują, jak są suszone i rozdrabniane. Na sam koniec produkcji przychodzi czas testów. Fachowcy siorbią po łyżce z każdej filiżanki i wypluwają zawartość do zlewu. Mieliśmy okazję porównać smak kilku przygotowanych tego dnia herbat – rzecz jasna przy użyciu tej samej łyżki…
Jak widać na zdjęciu, herbata w filiżankach ma inny kolor, niż byśmy mogli się tego spodziewać. Jest tak ponieważ została zabarwiona… mlekiem. W celu porównania barw.

Testowanie herbaty


Jeśli jakość herbaty jest wystarczająco dobra, zostaje ona spakowana w eleganckie paczuszki i rozdystrybuowana po świecie.

Lokalny wyrób


Fabryka herbaty Poabs znajdowała się na wzgórzu. Nie więcej jak dwa kilometry dalej zlokalizowany jest fantastyczny punkt widokowy. Można tam nacieszyć oczy górskim krajobrazem.

Widoki


Niestety jeśli spojrzymy w dół, zobaczymy przede wszystkim wysypisko śmieci. W Kumily biali przybysze stanowią może 1% wszystkich turystów. Pozostali to rodowici mieszkańcy Indii. Przyjeżdżają na swój własny punkt widokowy.

Całe prawda o Indiach


Podobne obrazki zobaczyć można było w Wietnamie, Laosie i Kambodży. W Tajlandii również, ale może trochę na mniejszą skalę. Z jakiegoś powodu mieszkańcy tych państw zupełnie nie przejmują się kwestią odpadów. Na ulicach w zasadzie nie ma śmietników. Czasami spotykamy osoby sprzątające ulice – nawet tam, przy punkcie widokowym. Jednak skala zanieczyszczeń jest zbyt duża, żeby dało się to tak po prostu wysprzątać.
Poza górą śmieci, na szczęście można tam też spotkać trochę zwierząt. Nie brakuje ptactwa, ale także gadów i płazów. Dodatkowo w dżungli żyją dzikie słonie i tygrysy – ale o tym opowie już Anna.

Pozer


Jeśli w Azji jest jakiś punkt widokowy, to na milion procent w okolicy będzie też punkt gastronomiczny. Tutaj nie było wyjątku – rząd straganów, a wśród nich sprzedawcy kokosów. Nic więcej nie było nam potrzebne.

Butelkowanie napojów przestaje mieć sens


Po wysączeniu kokosa, dobrze jest poprosić sprzedawcę, żeby rozłupał skorupę orzecha. Młody kokos ma zupełnie miękki, galaretowany miąższ, którym można się całkiem dobrze najeść.

Kokos do wydłubania


Gdy jechaliśmy skuterami przez kolejne wioski, ich mieszkańcy byli wyraźnie zadowoleni z widoku czterech białych osób mknących po ich ulicach.

Reakcja miejscowych na widok białych na motocyklu


Reakcja miejscowych na widok białych na motocyklu


Do hotelu wróciliśmy około 18:00. Mieliśmy już wykupione bilety na typowy dla tego regionu Indii (stan Kerala) spektakl – pokaz tańca Kathakali. Nie za bardzo wiedzieliśmy o co w tym chodzi, ale słyszeliśmy, że będąc w Kumily trzeba taki pokaz zobaczyć. Właścicielka guesthouse’u załatwiła nam najlepsze miejsca (w pierwszym rzędzie!) za 175INR od osoby. Jak widać poza nami, zdecydowana większość widowni to hindusi na wakacjach.

Najlepsze miejsca – w oczekiwaniu na pokaz Kathakali


Przedstawienie było delikatnie mówiąc… nietypowe. Tancerz Kathakali ruszał przede wszystkim twarzą. Wykonywał chyba ze trzydzieści różnych grymasów, ruchów brwi, oczu i ust. Do tego nieznacznie poruszał ciałem i to tylko w niektórych momentach. Chodziło raczej o twarz.

Tancerz Kathakali


Po trzydziestu minutach ruszania twarzą i oczami pojawił się drugi tancerz i razem odegrali scenkę, w której chyba chodziło o… nie. Kogo jak próbuję oszukać… nie mam pojęcia o co chodziło.

A tutaj dwaj tancerze Kathakali


Ale polecam! Na pewno nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego i już pewnie nie zobaczę 
Wracając z pokazu Kathakali, wstąpiliśmy jeszcze do jednej z restauracji na tzw. Thali – czyli zestaw kilku dań. Jedzone oczywiście ręką.

Thali – zestaw dań


Następnego dnia byliśmy przez calutki dzień na wyprawie do dżungli. Tropiliśmy słonie, oglądaliśmy ślady tygrysów, widzieliśmy węże, jaszczurki, pająki, monstrualnie wielkie wiewióry i wiele innych. Bardziej szczegółowo o tym w kolejnym odcinku.
Po wizycie w dżungli w końcu udało nam się spróbować ryby. W wielu rejonach Indii ryby nie są szczególnie polecane. Inaczej jest w stanie Kerala – tutaj koniecznie trzeba spróbować ryby. Moja koleżanka z Bangalore szczególnie polecała nam Molly Fish, ale tej w Kumily nie udało nam się dostać. Zamówiliśmy natomiast rybę w innej wersji – Masala Fish, która wyglądała dokładnie tak:

Masala fish


Był to spory kawał tuńczyka, bardzo dobrze doprawiony i podsmażony. Nie wiem czy kiedyś jadłem lepszą rybę. Wracając z restauracji, nasz kolega Owen, powiedział że musi pójść do sklepu elektrycznego po adapter 230V. Jego kanadyjskie ładowarki nie pasują do indyjskich gniazdek, a jego poprzedni adapter właśnie się spalił. Wszystko rozumiem, ale był piątek wieczór, a my byliśmy na obrzeżach wioski. Jakie mieliśmy szanse na zakup adaptera w takich warunkach? No cóż… zapytaliśmy pierwszego spotkanego hindusa, gdzie teraz możemy znaleźć sklep elektryczny. Odpowiedź była mniej więcej taka: „o tam, za winklem”.

Sklep elektryczny późnym piątkowym wieczorem


Jakieś trzydzieści metrów dalej stał sklep elektryczny. Otwarty i z pełną ofertą adapterów w cenie 30INR (czyli w zasadzie za darmo).
Następnego dnia rano szykowaliśmy się do wyjazdu z Kumily. Było to bardzo miłe miejsce, z bardzo dobrym jedzeniem, jednak nasza podróż po Indiach tym razem może trwać tylko miesiąc. Na tak wielki kraj to bardzo krótko, a nam zostało jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Z samego rana wybraliśmy się do ulubionej restauracji na tzw. Parota – rodzaj placków przygotowywanych na południu Indii. Do tego odpowiedni sos, masala i śniadanie gotowe. W tajemnicy mogę dodać, że podpatrzyliśmy jak kucharz przygotowuje paroty i mamy nadzieję odtworzyć cały proces w Polsce.

Parota – przygotowanie


Parota


Pożegnaliśmy się z naprawdę sympatyczną właścicielką Dean Dale guesthouse, obiecaliśmy wystawić pozytywną opinię na TripAdvisor i z plecakami ruszyliśmy w dalszą podróż.

Z właścicielką Dean Dale Guesthouse


Dean Dale Guesthouse


Nieopodal dworca autobusowego znaleźliśmy jeszcze jeden sklep pełen przypraw. Dodatkowo sprzedawca wyglądał identycznie jak Loyd Banks, więc nie mogliśmy odmówić sobie zakupu przypraw z Kerali. Dokładnie zważonych i szczelnie spakowanych – powinny dotrzeć z nami do Polski zachowując smak i aromat.

Sklep z przyprawami


Zakupy na najbliższy rok


Ostatnie spojrzenie na Kumily przed wyjazdem. Będzie nam brakować tego miejsca z wielu względów. Na pierwszym miejscu postawiłbym oczywiście dżunglę, na drugim brak natarczywości rykszarzy i sprzedawców, na kolejnym jedyne w swoim rodzaju przyprawy i jedzenie. Mając trochę więcej czasu na pewno zostalibyśmy w Kumily przynajmniej przez tydzień.

Ostatni rzut oka na Kumily


W końcu przyjechał nasz autobus do Alleppy. I tak oto ruszyliśmy w dalszą drogę.

Jeszcze tylko 4h i będziemy na miejscu…

P

Komentarze

3 comments on “Kumily – przyprawowy raj

  • No to ciekawy „mniej natarczywy” rejon, gdzie pewnie mniej turystów dociera – z drugiej strony tak ogromny kraj musi mieć obszary o „zróżnicowanej mentalności”.
    Co do Kathakali, to myślę że Ania mogłaby mimiką konkurować z niejednym „tancerzem” – vide „pani w pomarańczowej chustce pijąca kokosa (z kokosa?)” 🙂

    Odpowiedz
    • Przepraszam, chustka pani z kokosem jest jednak czerwona (szkarłatna?). Kolor pomarańczowy musiał mi się pomylić z „panią trzymającą węża ogon” 🙂

      Odpowiedz
  • Ania P pisze:

    Dziękuję za lekcję dot. przypraw! 🙂
    Aż mi się serce kroi, jak widzę takie hordy śmieci w górach :(.
    Tak jak w Zakopanem, nie każdy góral chce wydoić, tak widzę w Indiach jest podobnie :D.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>