Grüner See

Grüner See – nurkowanie w sercu Alp

Minął już ponad rok od kiedy wróciliśmy do Polski, kończąc tym samym naszą pierwszą, prawdziwą podróż. Było to dokładnie 28 kwietnia 2014 roku. Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, w szczególności gdy na stopach miało się sfatygowane sandały, a Polska przywitała nas deszczem i arktycznym powietrzem. Podczas minionych 14 miesięcy ciągle kombinowaliśmy jak i gdzie można by się wyrwać, choćby na kilka dni. W międzyczasie trafiły się Góry Stołowe, weekend na nartach w Czarnej Górze, Annie przydarzył się wylot do Edynburga z rodziną, a mi męski wypad motocyklowy na Litwę i Łotwę. Niby całkiem sporo jak na jeden rok, ale z drugiej strony… ciągle za mało. Ciągle mamy na celu kolejny kilkumiesięczny spacer po Azji, ale z kilku względów odkładamy go na później. Przyszło nam więc zaplanować krótki wyjazd i wybór jednogłośnie padł na Alpy. Góry które chyba już każdy nasz znajomy zjeździł na nartach, postanowiliśmy zobaczyć dla odmiany wiosną. Nigdy nie widzieliśmy Alp, a w dodatku nigdy nie widzieli ich moi rodzice – uznałem ten fakt za niedopuszczalny i postanowiłem, że tym razem zabierzemy ich ze sobą.

Po głowach chodziła nam też jedna, dziwna myśl… Od czasu nurkowania w Tajlandii i pamiętnego dnia zaręczyn postanowiliśmy również nurkować przynajmniej raz w roku. Tylko gdzie? Przecież nie w ciemnym, zimnym Kiekrzu! Ale zielone i lodowate jezioro w samym sercu Alp to już zupełnie co innego…

10 kwietnie 2015 roku wczesnym rankiem wyjechaliśmy z austriackiej miejscowości Ramsau Am Dachstein. Dojazd do Tragöß zajął nam około trzech godzin. Zameldowaliśmy się w domu państwa Wieser, gdzie zostaliśmy przez dwa dni i dwie noce. Sam widok z okna dawał nam do zrozumienia, że dobrze trafiliśmy…

Widok z Tragöß

Widok z Tragöß Oberort

Tragöß-Oberort jest miejscowością położoną najbliżej Zielonego Jeziora (czyli Grüner See), które było głównym celem naszej wyprawy. Wiosną każdego roku, poziom wody w jeziorze podnosi się na skutek topnienia śniegu zalegającego na sąsiadujących z nim górach. Czasami zdarza się, że woda zakrywa drewniany most, kilka drzew oraz turystyczne ławki. Tak wysoki poziom wody nie występuje każdego roku, a w dodatku utrzymuje się krótko. Chętnych do nurkowania jest wtedy więcej niż kropli wody w całym jeziorze. W drugim tygodniu czerwca poziom wody był już trochę niższy, więc pod wodą znajdowały się wyłącznie piesze szlaki, którymi za kilka miesięcy znów będzie można chodzić.

Uczyliśmy się nurkować wyłącznie w ciepłej wodzie i bez specjalnych pianek termicznych. Byliśmy pod wodą zaledwie sześć razy, więc zdecydowaliśmy się skorzystać z usług oddalonej o około 35km od Tragöß szkoły nurkowania – Scuba Profis. Pozwolenie na nurkowanie w Zielonym Jeziorze kosztuje zaledwie 10 euro. Ile natomiast kosztuje wypożyczenie kompletnego sprzętu w Austrii oraz wynajęcie podwodnego przewodnika – o tym lepiej nie mówić…

Po przymiarce trzech warstw pianek oraz doborze butli, gogli i całej reszty osprzętu, nasz przewodnik zawiózł nas nad samo jezioro, gdzie przez dłuższą chwilę, w trzydziestu stopniach i pełnym słońcu walczyliśmy z ciasnymi wdziankami, żeby w końcu znaleźć się w zielonej wodzie o temperaturze równej sześciu stopniom Celsjusza.

Tragöß - Grüner See

Przygotowanie do nurkowania

Tragöß - Grüner See

Druga warstwa…

Tragöß - Grüner See

Druga warstwa…

Tragöß - Grüner See

…i trzecia

Tragöß - Grüner See

W drodze do Grüner See

Nasz przewodnik chcąc nie chcąc musiał pełnić też rolę instruktora. Mieliśmy za sobą zaledwie sześć nurkowań, co było liczbą zdecydowanie zbyt małą. W dodatku nigdy nie nurkowaliśmy w zimnej wodzie, gdzie o wiele trudniej jest utrzymać odpowiedni poziom zanurzenia. Na siłę wyposażył nas w komputery mierzące głębokość zanurzenia i tempo wynurzania, żebyśmy byli świadomi ewentualnych konsekwencji zbyt szybkiego wynurzenia się. Początkowo zanurzenie było trudniejsze niż się spodziewaliśmy. Należało zupełnie pozbyć się powietrza zarówno z kamizelki jak i z płuc. Chwilę później dochodziło wyrównanie ciśnienia w uszach, delikatne dopompowanie kamizelki, a za chwilę znowu pozbycie się powietrza. Za dużo rzeczy na raz…

Tragöß - Grüner See

Buddy check w Grüner See

Tragöß - Grüner See Scuba Diving

i odpłynęli…

W końcu coś zaskoczyło i byliśmy w stanie zejść pod wodę. Widoczność była zdecydowanie gorsza niż w Tajlandii, ale miało to związek przede wszystkim z warunkami atmosferycznymi (dzień wcześniej spadł deszcz i wzburzył wodę), a także z ilością nurków takich jak my, którzy niezgrabnym machnięciem płetwą podnoszą piach i muł z dna na kilka metrów w górę…

Tauchen - Tragöß - Grüner See

Pod wodą – Tragöß – Grüner See

Nurkowanie - Tragöß - Grüner See

Nurkowanie – Tragöß – Grüner See

Przez 48 minut podążaliśmy za przewodnikiem, podziwiając podwodny świat. Było to zupełnie nowe doświadczenie, absolutnie nieporównywalne z gorącymi, pełnymi raf koralowych wód Tajlandii. Tutaj spotkanie niewielkiej ławicy pstrągów było czymś nadzwyczajnym, a w samym nurkowaniu nie chodziło o kolorowe rybki, lecz o unikatowy klimat towarzyszący temu miejscu. Kolor wody, drzewa i góry widoczne ponad taflą wody, a także zanurzone ścieżki piesze…

Podwodna ścieżka

Podwodna ścieżka

Pod wodą spotykaliśmy wielu nurków. Jezioro cieszy się naprawdę dużym powodzeniem o tej porze roku. Większość zwiedzających to jednak doświadczeni nurkowie. Sześć zejść pod wodę jak w naszym przypadku to zdecydowanie za mało. Bardziej skupialiśmy się na oddychaniu, utrzymaniu poziomu i obsłudze całego sprzętu niż na czerpaniu przyjemności z nurkowania. Z dzisiejszej perspektywy, myślę że przed wycieczką w tak wyjątkowe miejsce jak Grüner See, dobrym pomysłem byłoby kilkudniowe przeszkolenie w zimnych wodach okalających Poznań. Niemniej jednak pierwsza zimna woda w naszej nurkowej karierze, pozostawiła unikatowe wspomnienia, których nie zamienilibyśmy teraz na nic innego.

Tragöß - Grüner See - Scuba Diving

To ci dwoje co sprzedają Wam kawę…

Tragöß - Grüner See Tauchen

Tragöß – Grüner See

Po wyjściu z wody mogliśmy w końcu pozbyć się wielu warstw termicznej odzieży, a przede wszystkich ciężkich butli, które na lądzie potrafią być naprawdę uciążliwe – w dosłownym znaczeniu tego słowa… Następnie pojechaliśmy z przewodnikiem z powrotem do wypożyczalni sprzętu, gdzie musieliśmy wszystko wyczyścić i rozwiesić do wyschnięcia. Całe przedsięwzięcie zajęło równe 5 godzin. Gdy wróciliśmy do Tragöß, było po 18:00, a my byliśmy wycieńczeni do granic możliwości. Po typowej austriackiej kolacji składającej się przede wszystkim ze sznycla i piwa, zasnęliśmy jak dzieci jeszcze zanim wybiła 22:00.

Następnego dnia rano byliśmy znów pełni sił. Przed przyjazdem do Tragöß nie wiedzieliśmy zbyt wiele o tym miejscu. Jedyne informacje na temat tego miasteczka i okolic odnoszą się do Zielonego Jeziora, jednak nas w tamtej chwili interesowały otaczające je góry. Od pani Wieser otrzymaliśmy mapę okolicznych szlaków. Okazało się że możemy dojechać samochodem nie tylko do Grüner See, ale także 5 km dalej do miejsca zwanego Jassing. Już wcześniej zauważyliśmy, że w austriackich Alpach można dojechać samochodem pod same góry i to zupełnie za darmo. Jeśli na drodze pojawiają się jakieś opłaty, to zazwyczaj i tak nas nie dotyczyły ponieważ byliśmy zameldowani w jednej z lokalnych chat i wystarczyło okazać potwierdzenie pobytu. Nudną asfaltową drogę pokonaliśmy więc autem, a dalej poszliśmy pieszo.

Tragöß Jassing Almhütte

Z rodzicami przy Tragöß Jassing Almhütte

Rodzice wybrali krótszą i łatwiejszą trasę prowadzącą do Neuwaldalm, a my udaliśmy się bardziej stromą ścieżką, która po dwóch godzinach miała zaprowadzić nas do Sonnschienhütte – czyli schroniska na wysokości 1515m n.p.m.

Sonnschienhütte

Droga do Sonnschienhütte

Ten odcinek drogi przez większość czasu prowadził przez las i nie należał może do najciekawszych, ale cel uświęcił środki. Właśnie dla takich miejsc warto przyjechać w Alpy.

Sonnschienhütte

Sonnschienhütte

Chata była czynna i ku mojej radości oferowała przepyszną zupę gulaszową. Dowiedzieliśmy się tam również, że możemy bez większych trudności dotrzeć na najwyższy szczyt w okolicy zwany Ebenstein. Droga nie powinna zająć więcej jak dwie godziny. Ruszyliśmy więc w kierunku szczytu, który dało się zobaczyć z okien schroniska. Wchodziliśmy od strony południowej więc praktycznie nie spotykaliśmy śniegu, a wzniesienie pokryte było niezwykle barwnymi łąkami. Co chwila zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić kilka zdjęć i nacieszyć oczy pięknem krajobrazu. Był to nasz ostatni dzień w Alpach, a jednocześnie pokonywaliśmy właśnie najwspanialszą trasę podczas całego, dziesięciodniowego wyjazdu.

Ebenstein Tragoess

Droga na Ebenstein

Ebenstein

Łąka po drodze na Ebenstein

Dotarliśmy na wysokość około 1900m n.p.m, gdzie pod wiszącą skałą znajdowała się drewniana ławeczka dla strudzonych wędrowców. Usytuowana była tak, że mieliśmy z naprawdę imponujący widok. Naprawdę tego dnia wszystko dookoła wyglądało tak, że nie chcieliśmy stamtąd wracać.

Ebenstein

Miejsce odpoczynku w drodze na Ebenstein

Ebenstein

Pod szczytem Ebenstein

Ostatni odcinek drogi rozpoczęliśmy około 15:00. Zostało nam niewiele ponad 200m do zdobycia szczytu. Byliśmy już dość wysoko więc pojawił się chłodny, nieprzyjemny wiatr, który wzmagał się z każdym następnym krokiem. Droga wyglądała tak:

Ebenstein Tragoess Hiking

Ebenstein 2123 m n.p.m

Szliśmy nią przez kilkanaście minut. Podejście zrobiło się strome i męczące, więc patrzyliśmy pod nogi i po prostu szliśmy w górę. W połowie drogi zrobiliśmy krótki postój i spojrzeliśmy za siebie. To co zobaczyliśmy nie napawało optymizmem – i było zdecydowanie zbyt blisko nas…

Ebenstein burza

Jedno spojrzenie wystarczyło…

Nie mieliśmy pojęcia o tym, że burza idzie prosto na nas. Gdybyśmy nie obejrzeli się w tamtej chwili, zorientowalibyśmy się kilka minut później, ponieważ zaczęliśmy słyszeć potężne grzmoty. Chmura w ciągu kilku minut zasłoniła pobliskie góry i wyraźnie przemieszczała się w naszym kierunku. Nie było mowy o wejściu na szczyt, a jedyne na czym nam wtedy zależało to zejście możliwe najniżej. Jedyna droga powrotna prowadziła w kierunku burzowej chmury, więc biegliśmy ile sił w nogach, żeby być na dole przed nią. Błyskawice przecinały niebo i trafiały nie w szczyty lecz w doliny. My byliśmy na największym wzniesieniu w okolicy. Nie mieliśmy pojęcia co należałoby zrobić będąc wewnątrz chmury burzowej… i woleliśmy o tym nie myśleć. Zbiegliśmy na dół w około 20 minut. Potężnie zmoczył nas deszcz, a pioruny napędziły nam niezłego stracha, ale udało się nam uniknąć spotkania z burzą sam na sam. Osuszyliśmy się w schronisku i po niecałej godzinie mogliśmy ruszyć dalej. Burza odeszła, a Ebenstein pozostał spowity gęstymi chmurami.

Ebenstein Sonnschienhütte

Sonnschienhütte po burzy

To była dla nas cenna lekcja pokory. Nawet na dwóch tysiącach metrów pogoda może zmienić się z minuty na minutę i wprowadzić niemałe zamieszanie do planu dnia. Tym bardziej, że od rana bez przerwy była piękna pogoda… Deszcz popadywał z przerwami do końca dnia. Schodząc z powrotem do Tragoess słyszeliśmy jeszcze grzmoty i widzieliśmy błyskawice rozświetlające niebo wysoko w górach. Z tej perspektywy oglądało się je o wiele lepiej.

Gdzieś pomiędzy Jassing, a Zielonym Jeziorem wyszliśmy prosto na.. stado alpejskich byków. Jak zachować się w takiej sytuacji? Nie wiem – pamiętam tylko scenę z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”, w której główny bohater trzyma na smyczy wielkiego byka, a wszyscy którzy to widzą uciekają gdzie pieprz rośnie. W Alpach ta zasada chyba nie działa. Byki po prostu przechodzą spokojnie obok…

Jassing

Alpejskie byki…

Wieczorem oglądaliśmy jeszcze z okien naszego pokoju, jak błyskawice tną niebo na kawałki.

Tragoess Austria

Burzę w górach najlepiej oglądać zza okna…

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, żeby jeszcze przed śniadaniem zobaczyć jak Grüner See budzi się do życia. Obeszliśmy dookoła całe jezioro i obserwowaliśmy jak unosząca się nad nim mgła powoli unosi się i odsłania ośnieżone, górskie szczyty. Dla takich widoków naprawdę warto przyjechać w to miejsce.

Grüner See

Grüner See

Grüner See

Grüner See

Grüner See

Grüner See

Wyjechaliśmy z miasteczka niedługo później. Wyznajemy zasadę, że życie jest zbyt krótkie, a świat zbyt duży, żeby dwa razy wracać w te same miejsca, jednak mam dziwne przeczucie, że jeszcze kiedyś moja noga, podobnie jak cała reszta ciała, zanurzy się w zielonych wodach tego alpejskiego jeziora. A Ebenstein następnym razem już nam nie ucieknie…

Tragöß

Tragöß

Komentarze

One comment on “Grüner See – nurkowanie w sercu Alp

  • Ania :) pisze:

    Fantastyczna relacja! Cudne zdjęcia, widoki!!! Zazdroszczę ogromnie!
    A ja z kolei mam jedno swoje ukochane miejsce: Tatry i mogłabym jeździć tam kilka razy w roku :).

    Pozdrawiam!!!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>