Wulkan El Teide o wschodzie Słońca

Wulkan El Teide ze względu na swoje centralne położenie i niebagatelny wzrost (3718 m n.p.m.), widoczny jest w zasadzie z każdego punktu na Teneryfie. Nie sposób zwiedzać wyspę, jeździć w tę i z powrotem, a następnie wylecieć do domu bez uprzedniego wejścia na szczyt, który dzień w dzień wyzywająco spogląda na biednego turystę z góry…

Żeby zdobyć El Teide potrzebne jest zazwyczaj kilka rzeczy. Co ciekawe, każdą z osobna da się wyeliminować z listy, czyniąc wycieczkę na szczyt jeszcze ciekawszą. A lista wygląda następująco:

  • pozwolenie na wejście na szczyt – dostępne na tej stronie
  • samochód – polecam Fiata 500 😉
  • kondycja – najlepiej jak u konia
  • nocleg w schronisku Refugio de Altavista

 
Dla przykładu my z powyższej listy byliśmy zaopatrzeni w Fiata 500 oraz w przeciętną kondycję. Na pewno więc można załatwić temat o wiele łatwiej niż według przepisu, który znajdziecie poniżej 😉

Opcja na totalnego lenia pozwala nawet wjechać w okolice szczytu kolejką. Jeśli jednak interesuje Was wejście na sam szczyt – El pico del Teide – zaraz po wyjściu z kolejki, potrzebujecie specjalnego pozwolenia. Jest ono darmowe jednak trzeba je załatwić na wskazanej powyżej stronie www, na długo przed przyjazdem. My jechaliśmy na Teneryfę zupełnie w ciemno i gdy dowiedzieliśmy się o tym ograniczeniu, było już za późno, żeby coś zarezerwować. Ale jak mawiają.. Polak potrafi. O tym za chwilę.

Mając pod ręką Fiata lub inne zwrotne autko, warto wybrać się w okolice wulkanu dzień wcześniej w celu rozpoznania terenu, znalezienia miejsca rozpoczęcia szlaku i popatrzenia na przypominające Marsa tereny, gdy człowiek jest jeszcze w pełni sił.

Fiat 500

Witamy na Marsie

Na Marsie rośnie sporo endemicznych roślin, które są przedstawiane nawet na pocztówkach i magnesach pamiątkowych. Flora i fauna Teneryfy to w zasadzie endemit na endemicie. Gdzie nie spojrzeć rosną typowe tylko dla tej wyspy kaktusy, biegają jaszczurki, latają ptaki… Poniżej Tajinaste rojo.

Echium wildpretii – czyli Tajinaste rojo

Gallotia galloti

Podobno w okolicach El Teide nakręcono kilka filmów, których plan miał przypominać marsjańskie pustynie. Mowa tu o filmach takich jak Gwiezdne Wojny, jednak nie udało mi się znaleźć żadnego potwierdzenia, ani konkretnych lokalizacji więc możliwe, że to tylko przyciągające turystów plotki 😉

Okolice El Teide za dnia

Noc przed wejściem na szczyt zatrzymaliśmy się w miejscowości Vilaflor. Właściciel hotelu Casa el Zaguan zapytany przez nas o najlepszą godzinę wejścia na wulkan odpowiedział pytaniem:
– ale chcecie wejść na wschód słońca, na zachód czy w ogóle w ciągu dnia?
– To da się tam wejść na wschód słońca??? Ale jak?
– No da się. Musicie wyjść najlepiej około drugiej w nocy. Wtedy będzie na szczycie na wschód i nikt nie sprawdzi waszych pozwoleń na wejście.
– Aha…

Tej nocy niewiele spaliśmy. Wstaliśmy punkt 2:00 i ruszyliśmy fiatem w stronę El Teide. Przy wejściu jest kilka parkingów i z różnych opowieści wiemy, że przyjeżdżając o 5:00 lub później, jest już duży problem ze znalezieniem miejsca. Natomiast o 2:20 byliśmy jednymi z nielicznych, którzy o tej porze zajmowali miejsce parkingowe pod samym szlakiem 😉 Gdy zaparkowaliśmy, w sąsiednim aucie zapaliło się światło i wysiadło dwóch mężczyzn, prawdopodobnie ojciec z synem. Wyraźnie przerwaliśmy im drzemkę. Słowacy czekali na dobry moment, żeby ruszyć w góry. Zebrali się chwilę po nas.

Droga na szczyt El Teide – tyle gwiazd jeszcze nigdy nie widzieliśmy

Niebo było pełne gwiazd. Podobno Teneryfa jest jednym z najlepszych punktów na świecie do oglądania rozgwieżdżonego nieba. Jestem w stanie w to uwierzyć. Drogę oświetlał nam księżyc. Na początku musieliśmy uważać na rozwidleniach i przyświecić latarką pożyczoną w hotelu, ale później nie było już takiej potrzeby. Na szlaku nie ma praktycznie żadnej roślinności. Idzie się najpierw po szerokiej, pustynnej drodze, a następnie po wąskich, kamienistych ścieżkach. Szło nam nieźle, aż dotarliśmy do schroniska Refugio Altavista. Była 5:00. Nocujący tam goście, właśnie wyruszali na szczyt. Byliśmy idealnie na czas.

W schronisku można się zatrzymać jeśli (podobnie jak z rezerwacją pozwolenia na wejście..) ktoś zaplanuje to z dużym wyprzedzeniem. Nocleg pozwala na aklimatyzację i wypoczęcie przed najtrudniejszą częścią szlaku. My rzecz jasna nie mieliśmy tego komfortu 🙂

El Teide – droga na szczyt

Około 6:20 byliśmy pod samym szczytem – czyli tam gdzie kończy się kolejka i tam gdzie sprawdzane są pozwolenia na wejście. Pozwolenia nie było, ale strażników również. Nocleg w Refugio Altavista uprawnia do wejścia na szczyt bez pozwolenia. A jeśli ktoś się zagapił i nie zarezerwował noclegu… musi wstać kilka godzin wcześniej i pokonać całą trasę za jednym zamachem. Wejście na szczyt w szybkim tempie zajęło kolejne 30 minut. Ze względu na wysokość brakowało już tlenu, a ze względu na zmęczenie, brakowało sił. Musieliśmy robić częste przystanki, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na więcej niż kilka sekund przerwy, ponieważ na niebie zaczęły pojawiać się oznaki nadchodzącego słońca. Problem w tym, że wschód miał przyjść zupełnie z drugiej strony wulkanu i jeśli nie dostalibyśmy się w czas na szczyt to cały widok przeszedłby nam koło nosa..

Ale moi drodzy.. uwierzcie, że warto było spiąć poślady na sam koniec i zająć dogodne miejsce na widowni.

Spektakl trwał może 20 minut. Słońce wzeszło, oświetliło ocean chmur, nad którymi siedzieliśmy. Wpatrzeni w ten wspaniały widok usłyszeliśmy jak ktoś krzyczy: La sombra del Teide! – wtedy wszyscy odwrócili wzrok na zachód i ujrzeli cień rzucany przez wulkan. Cień mający kształt idealnej piramidy i podobno będącym jednym z najdłuższych cieni na świecie (uwaga – to również może być plotka :))

La sombra del Teide – cień wulkanu

El Pico Del Teide – wschód słońca

Nie wspomniałem jeszcze o tym, że w końcowym etapie drogi mieliśmy kilkukrotnie wrażenie, że gdzieś w okolicy jest wychodek… Często pojawiał się posmród jakby z nie tak bardzo odległego sedesu, jednak miejsce i czas wydawały się tak abstrakcyjne, że zignorowaliśmy te bodźce i po prostu szliśmy dalej. Na szczycie wyjaśniło się, skąd pochodził ów zapaszek. Otóż z krateru wulkanu ciągle unoszą się żółte, gorące, siarkowe dymy. Tak jakby za chwilę miał wybuchnąć. Średnio przyjemna świadomość, gdy akurat stoi się na szczycie..

El Pico Del Teide – krater wulkanu

El Pico Del Teide – szczyt

Jeszcze kilka spojrzeń na cień El Teide, z drugiej strony na słońce.. i niestety czas schodzić na dół. Na szczycie było zimno. Nawet bardzo jak na klimat, który panuje w maju na Teneryfie. Wysokość zrobiła swoje.

La sombra del Teide – cień wulkanu

La sombra del Teide – cień wulkanu

Na szczycie wydarzyło się jeszcze coś. W oczekiwaniu na słońce, otworzyłem plecak i wyciągnąłem ciastka. Anna uparcie nie chciała nic jeść, natomiast podstawy biologii, które przyszło nam poznać na studiach kilka lat wcześniej, podpowiadały mi, że należy zjeść coś słodkiego, żeby zejść na dół i nie zemdleć po drodze. Wyjąłem więc mimo wszystko ciastka i zobaczyłem, że opakowanie jest otwarte, a zawartość nadgryziona. W pierwszej chwili zgłupiałem, a w drugiej zobaczyłem jak coś małego i czarnego przebiegło mi pod nogami. Była to mysz przyniesiona w plecaku prosto z hotelu w Vilaflor… Smutna historia, ponieważ od najbliższej roślinności dzieliło ją przynajmniej dwa tysiące metrów. Mam nadzieję, że ciastka wystarczyły jej na dłuższą chwilę.

Dziarskim acz chwiejnym krokiem szliśmy w dół. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy schronisku, jednak o tej porze było już zamknięte. Otwierają je tylko popołudniami i zamykają o 8:00 rano, gdy wszyscy już wyjdą na szczyt.

Schronisko Refugio Altavista

Szliśmy w dół… i szliśmy… i szliśmy… a słońce przypiekało coraz bardziej. Tak jak na górze było super zimno, tak im dalej w dół, tym goręcej. Po drodze nie ma zbyt wielu miejsc, w których można by się schronić więc pozostawało tylko iść. Choroba wysokościowa i zmęczenie delikatnie dawały o sobie znać w formie coraz silniejszego bólu głowy.

Końca drogi nie widać…

Czarne głazy, które widać na poniższym zdjęciu to nic innego jak lawa, wyrzucona przez wulkan podczas wybuchów. Ostatni raz w 1909 roku. Jak na wulkan to wcale nie tak dawno temu 😉 Na pewno w trakcie erupcji lepiej nie być w zasięgu takich kamyków. Czyli lepiej nie być w tym czasie na Teneryfie.

Schodząc z El Teide

Ostatecznie udało nam się wrócić do hotelu. Tam zmyliśmy z siebie kilogramy kurzu i siarki, a następnie… przespaliśmy resztę dnia.
Czy było warto? Oj było.. Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz? Nie na tej wycieczce, ale przy kolejnej okazji pewnie tak 😉

Vilaflor – Casa el Zaguan

Dotarliście do końca wulkanicznej opowieści! Pamiętajcie, żeby nie opuszczać naszego bloga z pustymi rękami – koniecznie kupcie książkę dostępną tu i zaszerujcie nasz post klikając na ikony widoczne poniżej 🙂

P

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>