Chiang Mai - Słonie

Dlaczego hostel – czyli najbardziej szalony weekend

Są rzeczy których nie można kupić. Nie będę tu podawał innych śmiesznych haseł w stylu ‚pieniądze szczęścia nie dają’, bo jednak bez pieniędzy by nas tu nie było.. ale wracając do tematu – naprawdę niektórych rzeczy kupić nie można. Sypiamy w różnych miejscach. Od couchsurfingu, przez hostele, po wolnostojące domki. Hostel jest miejscem, w których spotykamy ludzi takich jak my oraz zupełnie innych. Biedniejszych i bogatszych, europejczyków i amerykanów, chudych i grubych.. Spotykamy przede wszystkim wielu wspaniałych ludzi. Właśnie o tym jest ta historia.

Od wczoraj tj. (10.02.2014) jesteśmy w miejscowości Pai w północnej Tajlandii. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że dotarliśmy tu z ponad dwudziestoczterogodzinnym opóźnieniem. Spokojna, leniwa niedziela przeistoczyła się w najdziwniejszy weekend jaki do tej pory przeżyliśmy. Jak do tego doszło? 
W sobotę wieczorem 08.02.2014 zarezerwowaliśmy 2 noclegi w Pai. Mieliśmy spory problem ze znalezieniem noclegu w centrum. Jedyny guesthouse, którego koszt mieścił się w naszym budżecie znajdował się około 10km od centrum miasta. Trudno – zobaczymy jak będzie.
Rezerwacji dokonaliśmy spędzając ostatnią noc w hostelu w Chiang Mai. W tym momencie należałoby wprowadzić Was w temat Chiang Mai, ale.. opowiemy Wam o nim jednak innym razem. Na potrzeby tej historii muszę wspomnieć tylko, że mieszkaliśmy w hostelu o wdzięcznej nazwie Trekker Camp. Przemiła obsługa, codziennie rano jajeczko na śniadanie, szkoła Muay Thai oddalona o 20 minut jazdy rowerem, 30 minut piechotą do centrum. Pokój dwuosobowy z łazienką w cenie 25zł za dobę. Żyć nie umierać. Trzeciego dnia w Chiang Mai udało nam się zameldować w Trekker Camp. Wieczorem obsługa przygotowała grilla. Większość gości zasiadła przy wspólnym stole. Nas również zaproszono, poczęstowano lokalnym whiskey, wieprzem z grilla i bananami. Siedzieć przypadło nam obok nieznanego Taja, raczej starszego od reszty ekipy. Na imię miał Udom. Doradził nam w kwestii zwiedzania Chiang Mai, opowiedział o Muay Thai oraz poznał z Anetą i Rodrigo – Polką i Portugalczykiem, którzy podróżują po Azji podobnie jak my. W dalszej rozmowie okazało się, że Aneta i Rodrigo jadą z Udomem pomagać na plantacji kawy i herbaty ludziom z wioski położonej w górach 2 godziny drogi od Chiang Mai. Wolontariat. Mieliśmy już plany na piątek i sobotę, więc nie zainteresowaliśmy się zbytnio tematem, jednak przez najbliższe dni trochę nas to męczyło. Co to za człowiek? Co będą tam robić? A może wywiezie ich do tajskiej niewoli? Człowiek wychowany w Polsce nie jest z reguły zbyt ufny 😉
Z czasem zapomnieliśmy o wszystkim. Podróż sama się nie zrobi, a Azja sama nie zwiedzi, więc po tygodniu postanowiliśmy ruszyć dalej. Niedzielny poranek, śniadanko, pyszna tajska herbatka, nasze 2 plecaki spakowane – generalnie turyści gotowi do drogi. Żegnając się z panią hostelową, coś nas podkusiło żeby spytać o pana Udoma, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej na wspólnej kolacji.. no i się zaczęło. Udom miał tego dnia świętować w górach razem z tubylcami. ‚If you would like to go you can join him’. Zorganizowano nam transport – dwie Tajki wraz z małym dzieckiem jechały w to samo miejsce. Zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy w jeden plecak. Bez długich rękawów i w sandałach jedziemy do dżungli z nieznanymi nam Tajkami do nieznanej nam wioski w nieznanych nam górach..
Około 2 godziny drogi autem. Roczne dziecko jedzie na kolanach matki, nikt nie zapina pasów. Wycieczka jak wycieczka. Tyle że w Tajlandii i do dżungli. Dojechaliśmy do.. w sumie to nie do końca wiemy gdzie. W każdym bądź razie była tam rzeka, słonie i pan Udom.

Jak się okazało byli również Aneta, Rodrigo oraz para którą poznali na plantacji herbaty – Magali z Francji i Marc z Kanady. To już piątka wspaniałych ludzi, a dopiero początek historii.
Powiedziano nam, że tutaj zostaniemy na noc, a do wioski musimy pojechać innym samochodem, bo nie każde auto jest w stanie tam wjechać.

Ale spokojnie, do dżungli za chwilę – najpierw kolacja. Mieliśmy okazję zobaczyć jak przyrządzane są potrawy w Tajlandii i dlaczego tak pieką. Proste – w wielkim moździerzu trzeba rozgnieść kilkadziesiąt papryczek chilli z podobną ilością ząbków czosnku. Zaprawa gotowa.

Gotowanie

Zrobiło się ciemno – jak to zwykle bywa w Tajlandii około 18:30. Po kolacji Udom powiedział, że jak chcemy podziwiać piękne widoki to możemy jechać na górze, a jak nie chcemy to zaprasza do środka. Ale do środka czego? Pickup. No to jedziemy górą. Mój brat byłby zachwycony. Dziury, doły, prawie pionowe podjazdy. Jakieś 30 minut przez środek dżungli z tajskim kierowcą.

Wrażenia nie do opisania. Dotarliśmy do wioski Lahu – jednej z grup etnicznych żyjących na terenie Tajlandii. Słychać było głośne krzyki, śpiewanie, tańczenie, proste instrumenty jak bębny i talerze. Ludzie w wiosce świętują raz w roku przez cały tydzień. Trafiliśmy na dzień czwarty – dzień odpoczynku, bo największa fiesta jest siódmego dnia. Wtedy nikt nie kładzie się spać. Mimo że dżungla i góry – cywilizacji nie brakowało. Dawniej tańczono przy ognisku, teraz tańczy się przy świetlówce, będącej jednym z niewielu źródeł światła w wiosce. Nie było innej możliwości jak tylko się przyłączyć.

W jednej z chat spotkaliśmy Tajów o imionach Kan, Nat i Jet, którzy przyjechali z Chiang Mai i z Bangkoku. Wspólnie wypiliśmy szklaneczkę lokalnego trunku i zjedliśmy niespotykaną w miastach potrawę z ugniecionego i smażonego ryżu. Kan okazał się nauczycielem wychowania fizycznego w Chiang Mai. Poza grami zespołowymi naucza także.. Muay Thai.

Ludzie z wioski niestety w większości nie mówili po angielsku. Nie było jednak problemów z komunikacją. Taniec łączy ludzi.
Około pierwszej nad ranem zjechaliśmy w dół tym samym środkiem transportu. Droga istnieje od niedawna. Wcześniej do wioski można było się dostać jedynie piechotą. Pełni wrażeń poszliśmy spać. Pierwsza noc, podczas której nie było słychać skuterów, ani samochodów, tylko nocne odgłosy dżungli. Niezapomniana noc.
O 7:30 obudził nas Udom. Pora na śniadanie. Danie na kształt owsianki, tylko że z ryżu.

Co dalej? Czas zacząć dzień na poważnie. Na pickupa załadowanego trzciną cukrową.. i do wioski słoni.

Zobaczyliśmy jak ‚osiodłać’ słonia, jak słonie żyją, co jedzą. Pracę mają dość nudną, ponieważ polega głównie na noszeniu na grzbiecie turystów i spacerowanie po wyznaczonych trasach. Każdego dnia są jednak kąpane i ogólnie wyglądały na zadbane. Słyszałem różne historie o tresurze słoni, w tym o zabieraniu je matce i przetrzymywaniu w nieludzkich warunkach. Tutaj mieliśmy okazję zobaczyć małego słonia, który mieszka razem z rodzicami a na pieszą wycieczkę wyszedł z nami zupełnie sam. Nie wiemy oczywiście jak hodowla słoni wygląda gdy nikt nie patrzy. W Tajlandii słoń występuje w świątyniach i innych miejscach kultu. Jest raczej czczony niż poniżany.

Na przejażdżkę słoniem Anna – zgodnie z obietnicą – zabrała przyjaciółki z pracy. Mamy nadzieję że dobrze się bawiłyście?

Po powrocie z wioski słoni… przyszedł czas na rafting. Przyjechał po nas pickup załadowany pontonami. Jedziecie w środku czy na górze? Chyba żarty… To Anna bezpiecznie do środka, a ja na górę z Tajami. Muszę przyznać, że tego nawet w Heide Parku nie mają… Sam spływ (w porównaniu do dojazdu) raczej spokojnie. Podobno prawdziwa zabawa zaczyna się w porze deszczowej.

Koniec atrakcji. Okazało się że nasi towarzysze podróży również jadą do Pai. Tylko że nasze rzeczy zostały w Chiang Mai… Nie ma problemu. Ktoś z hostelu będzie tu dziś jechał – zabierze je. Po kilku godzinach zawitał u nas miły Taj niosąc bagaże (a w zasadzie reklamówkę z przyborami do Muay Thai i plecak Anny bo za dużo bagażów nie mamy..). Pozostało nam teraz tylko dostać się do Pai. Ale jak? Po kolejnych godzinach (czas w Tajlandii jest bardzo płynny – pierwotnie mieliśmy wyjechać około 11, a zbliżała się już 15) podjechał po nas nasz wczorajszy kierowca. Wskakujemy ostatni raz na naczepę i jedziemy do pobliskiej miejscowości Mae Malai, gdzie mamy złapać autobus do Pai. Po około godzinie dojechaliśmy na miejsce. Dworzec jako taki nie istnieje. Autobusy zatrzymują się na ulicy. A ostatni autobus odjeżdża o… a nie – w niedzielę te autobusy nie jeżdżą. Za dwie godziny będzie minibus za 15zł od osoby. Ok. Zjedliśmy zupkę, ryż z mango, ktoś kupił sobie kapelusz..
..i jakoś niedziela minęła. Minibus przyjechał z jedynie piętnastominutowym opóźnieniem. Do Pai dotarliśmy wieczorem, po ciemku. Nasz hostel oddalony o 10km.. nie widać taksówek, nie widać tuk-tuków.. Zadzwoniłem do hostelu i usłyszałem że jedyna możliwość dojazdu to wynająć skuter. Rozmowa miała miejsce w okolicy domków (bungalow) nad rzeką. Właściciel zaproponował nam jeden za 600THB. W Chiang Mai nauczyliśmy się trochę targować. Tajowie to lubią, a nam po woli wchodzi w krew. Spędziliśmy noc w ekskluzywnym bungalow za 350THB (35zł). Dziś mieszkamy już w innym miejscu, ponieważ bungalow był wolny tylko wczoraj. Poranny trening zaliczony, śniadanie zjedzone. Dziś usiedliśmy na kilka godzin do pracy, później pójdziemy na jakąś piekącą kolację. Czas jest płynny. Nikt tu nie nosi ‚ciasnych majtek’ jak w Europie. Nic nie musi być na już, nic na wczoraj. Kierowcy trąbią żeby ostrzec innych kierowców i pieszych, a nie dlatego żeby okazać swoją złość. Uwierzcie że tak da się żyć. Jest to całkiem przyjemne życie.
Niektórzy z Was pewnie ciągle zastanawiają się co ta cała historia ma wspólnego z hostelami i rzeczami, których nie można kupić. Otóż pierwsze 2 dni w Chiang Mai spędziliśmy w hotelu. Elegancko, klimatyzacja, ciepła woda. Dlaczego nie opisaliśmy jeszcze tych 2 dni? Ponieważ nic się nie wydarzyło. W hotelu człowiek jest sam, zdany tylko na siebie. W recepcji może dowiedzieć się jedynie gdzie złapać taksówkę. Do hostelu natomiast idzie się piechotą lub jedzie rowerem. Mija się stragany z lokalną żywnością, rozmawia z ludźmi na ulicy. A gdy już się do takiego hostelu dotrze, spotyka się ludzi z całego świata jedzących wspólną kolację. Ludzi którzy często wiedzą dużo więcej niż my. Ludzi jak Aneta i Rodrigo, z którymi mogliśmy dzielić naszą przygodę oraz ludzi takich jak pan Udom, który pokazał nam świat, którego nie zobaczą inni turyści. Można kupić przejazd na słoniu, nocleg w okolicach dżungli oraz spływ pontonem. Zapewne można też odpowiednio zapłacić i przejechać się na potańcówkę w górskiej wiosce (chociaż byliśmy tam jedynymi białymi). Nie można jednak kupić ludzi, z którymi mogliśmy to wszystko przeżyć. Siedząc w hotelu nigdy byśmy się nie poznali i nigdy nie bylibyśmy w wiosce Lahu. Nie wiedzielibyśmy o wolontariacie na plantacji kawy i herbaty, ani o problemach tutejszej ludności. Nie tańczylibyśmy z Lahu przy świetlówce, ani nie jechalibyśmy pickupem przez środek dżungli. Nasz weekend kosztował nas 100 złotych polskich – za nocleg, jedzenie, rafting, słonie, wioskę, przejazdy. Słownie: sto za 2 osoby. Spróbujcie zrobić w tej cenie jedną z tych rzeczy nie poznając w hostelu odpowiednich ludzi. Ich nie można kupić.

pozdrawiam,
P

Komentarze

3 comments on “Dlaczego hostel – czyli najbardziej szalony weekend

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>