Ha Long Bay

Cud świata natury – Ha Long Bay

W Wietnamie zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia, co więcej – z każdym dniem nasz zachwyt rósł coraz bardziej.  Drugim celem naszej podróży w północnej części kraju, zaraz po Hanoi, była zatoka w miejscowości Ha Long, z niesamowitymi formacjami skalnymi. W 2009 roku została ona wybrana do listy siedmiu nowych cudów świata natury. W związku z tym, że jest to jedno z piękniejszych miejsc na świecie, codziennie ściągają tam rzesze turystów. To, a także marcowa wietnamska pogoda, objawiająca się ciągłą mżawką, martwiły nas istotnie. Do tego naczytaliśmy się, że wiele agencji turystycznych i przewoźników po zatoce oszukuje turystów na każdym kroku. Jednak cud to cud – zobaczyć trzeba. W internecie można dostać oczopląsu od ilości organizowanych tam wycieczek i możliwości spędzenia czasu. Prom jednodniowy, wycieczka dwudniowa, to z noclegiem na statku, a to na wyspie, tu z wejściem do jednej jaskini, a tu do innej, tu kajaki, tu trekking, tam wędkowanie, lekcje gotowania… Stop! Ha Long Bay to maszyna do robienia pieniędzy. Jak więc wybrać z tysięcy ofert? Przedział cenowy również znacząco szeroki. Człowiek chciałby tanio, to zaraz myśli, że go oszukają. Lepiej więc zapłacić więcej, ale wtedy ceny zaczynają prowadzić do zawrotów głowy. Postanowiliśmy zdać się na kogoś, kto teoretycznie się na tym zna – poszliśmy do agencji turystycznej.

Do tej pory sami organizowaliśmy sobie wszystkie wycieczki, więc było to dla nas coś nowego i nie chcieliśmy podejmować decyzji zbyt pochopnie. Jednak już w trzecim biurze z kolei poznaliśmy przemiłą kobietę, której udało się zdobyć nasze zaufanie. Z czystym sumieniem mogę zareklamować . Sympatyczna młoda Wietnamka, z wieloletnim doświadczeniem przewodnika, udzieliła nam wielu rzeczowych informacji na temat wycieczek do Ha Long Bay, ale także do innych ciekawych miejsc w Wietnamie. Przede wszystkim jako jedyna od razu na wstępie zaznaczyła, że statki w broszurach reklamowych wyglądają zdecydowanie lepiej niż w rzeczywistości i nie powinniśmy się sugerować zdjęciami. Wykonano je, gdy statki były nowe, a na morzu bardzo szybko niszczeją, więc wszystkie statki w zatoce nie są wcale czyste i lśniące, a raczej brudne i obdrapane. Jak się okazało, większość ofert jest tak naprawdę podobna i ceny dwudniowej wycieczki dobrym (aczkolwiek nie najlepszym) statkiem wahają się od 70 do 80$. Niższe ceny przekładają się na gorszy stosunek załogi do gości oraz małą ilość lub słabą jakość jedzenia. Po prawie godzinnym testowaniu cierpliwości kobiety, zdecydowaliśmy się kupić wycieczkę za 80$. Czas gonił, bo oczywiście chcieliśmy zobaczyć zatokę już następnego dnia, a kobieta naprawdę była cierpliwa i cały czas uśmiechnięta – nie było więc sensu już dłużej zwlekać. Nie mieliśmy przygotowanej gotówki do zapłaty, ale to nie problem – Wietnamka od razu odpaliła skuter i zawiozła Pawła do bankomatu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że bankomaty AMZ pozwalają jednorazowo na wypłatę więcej niż 2 mln VDN, dzięki czemu można uniknąć wielu prowizji. Napomknę jedynie, że zostawiła mnie zupełnie samą z całym swoim biznesem otwartym, mówiąc, że jeśli chcę, to mogę skorzystać z jej komputera. Po 10 minutach szalonej jazdy ulicami Hanoi, wrócili oboje cali i zdrowi, przy okazji zamawiając dla każdego wietnamski specjał – chè đỗ đen (na koszt firmy!).

Chè đỗ đen - budyń o smaku herbaty z fasolą.. Pycha! :)

Chè đỗ đen – budyń o smaku herbaty z fasolą.. Pycha! 🙂

Dzień później minibus odebrał nas spod hostelu z lekkim opóźnieniem. Myśleliśmy przez to, że wsiedliśmy jako ostatni, a że sporo miejsc było wolnych, wybraliśmy najwygodniejsze. Nie minęły trzy minuty, a już odbieraliśmy kolejnych pasażerów. Koniec końców siedzieliśmy ściśnięci, jak to na Azję przystało. Tym razem czekały nas jednak tylko 4 godziny podróży. W połowie drogi zatrzymaliśmy się by rozprostować kości. Gdy wysiedliśmy z autobusu, naszym oczom ukazał się ogród imponujących rozmiarów, w którym każdy kawałek ziemi był zajęty przez kamienne posągi. Przedstawiały najróżniejsze zwierzęta, smoki, postaci i abstrakcyjne kształty – od zupełnie malutkich, po naprawdę potężne. To był przedsionek ogromnego sklepu ze sztuką. Gdy weszliśmy do środka, w pierwszym pomieszczeniu zaskoczyły nas wyszywane obrazy – nie takie proste kwiatowe wzory jakie znamy z Polski, ale prawdziwe dzieła sztuki. Między obrazami siedział cały szereg osób, które cierpliwie, na naszych oczach te dzieła tworzyły. Dwie pracujące dziewczyny rozmawiały ze sobą w języku migowym, kolejne siedziały na wózkach inwalidzkich. Niepełnosprawne osoby wyszkolono tak, by tworzyły arcydzieła! W kolejnych pomieszczeniach był jubiler, odzież – razem z pracownią krawiecką oraz meble i dekoracje do domu. Ciężko było niczego nie kupić, jednak ceny zdecydowanie przewyższały te z Hanoi. W całym sklepie zabroniono fotografowania, a uprzejme sprzedawczynie chodziły za turystami krok w krok, czy przypadkiem nikt niczego nie dotyka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po 20 minutach zachwycania, wróciliśmy na trasę. Razem z nami po ‘autostradzie’ (bo nawierzchnia i ilość krów na drodze na to nie wskazywały), jechał cały rząd turystycznych autobusów. Podczas drogi poznaliśmy też naszą przewodnik – Lyn (po polsku: ‘Orchidea’). Młoda, sympatyczna i bardzo pomocna dziewczyna. Widać było, że naprawdę jest tam dla nas i chce by wycieczka była jak najprzyjemniejsza. Około 12:30 wreszcie dojechaliśmy do portu. Każdy z nas dostał do ręki bilet wstępu na zatokę oraz pozwolenie na nocleg na łodzi w cenie 320 000 VDN (~40 zł).Pozwolenie obowiązywało przez 24 godziny, stąd wszystkie ‘dwudniowe’ wycieczki nie przekraczały tego czasu. Nasza zaczęła się o 12:30 a skończyła o 11:30 dnia następnego. Po sprawdzeniu biletów, przedostaliśmy się na nasz statek „Luxury Imperial Cruise” małą, śmierdzącą spalinami łodzią. Na razie otaczał nas szary krajobraz. Dodatkowo mżawka nie dawała nam spokoju.

Luxury Imperial Cruise

Luxury Imperial Cruise

Statek ruszył w kierunku gór. Zaproszono nas jednocześnie na lunch, który bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Podane ilości sałatek, ryżu, krewetek i ryb była w zasadzie nie do przejedzenia, ponadto wszystko smakowało wybornie. Podano nam także herbatę, jednakże miał być to nasz ostatni napój wliczony w koszt wycieczki. Zostaliśmy o tym oczywiście poinformowani wcześniej, więc poczyniliśmy stosowne przygotowanie, głównie w postaci wody, ale także napoju z ptasiego gniazda (o tym jednak w przekąskach ;)). Tłumaczono nam, że transport płynów na statek jest  zbyt kosztowny. Niespecjalnie przekonało nas to tłumaczenie, jednak pod tym względem wszystkie oferowane nam wycieczki były takie same. Przy jedzeniu poznaliśmy bardzo sympatyczną parkę młodych Brytyjczyków – Emmę i Toma z Bristolu. Podobnie jak my, wybrali się na dłuższe wakacje w Azji – ale pobili nas na głowy – mają zamiar spędzić tu aż 5 miesięcy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po lunchu Lyn poinformowała nas, że za godzinę dopłyniemy do jednej z największych jaskiń w zatoce. Do tego momentu bardzo słusznie pozostawiono nam czas na zachwycanie się zatoką. Wyszliśmy na pokład i w zasadzie przez godzinę wpatrywaliśmy się z zachwytem w rosnące przed nami skalne masywy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otaczające nas piękno odebrało nam mowę, podarowało uśmiechy i sprawiło, że przestaliśmy czuć mżawkę. Na zatoce, mimo dużej ilości statków panował niesamowity spokój. Gładka tafla wody, kojąca szum wody i dumnie powoli płynące łodzie potęgowały to wrażenie. ‘Buy something?’ – usłyszeliśmy głos. Nie, niemożliwe, musieliśmy się przesłyszeć. ‘Hello! You! Buy something?’. Obok naszego statku płynęła mała łódka, obładowana winem, piwem, ciastkami Custas i Oreo. Na turystach wszędzie można robić pieniądze – nawet na środku morza…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sprzedający chłopak sprowadził nas na ziemię – zamiast nieustannie podziwiać szczyty skał, zaczęliśmy patrzeć w dół i wcale nie spodobało nam się to, co zobaczyliśmy. Po wodach zatoki pływało wiele śmieci – głównie plastikowe torby, których tak nie znoszę… Ale ponadto także opakowania po ciastkach, butelki po napojach i plamy benzyny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Między tym wszystkim pływały niczego nieświadome piękne meduzy. W takich momentach dociera do człowieka, że przecież to właśnie moja wina. Uwierzcie, że to naprawdę daje wiele do myślenia… Otacza nas świat rzeczy jednorazowych i na co dzień nie zastanawiamy się nad konsekwencjami ich używania. Przecież to takie proste i tanie – wziąć plastikowy worek, od razu go pobrudzić czy podrzeć i wyrzucić. Co z oczu to z serca, a tak naprawdę ten kawałek plastiku będzie się kisił na tym świecie przez dobre tysiąc lat, pośrednio szkodząc wszystkim. Na plastiku, na ropie bogacą się wielcy i nie pozwalają, by cokolwiek się zmieniło, a my biernie się temu poddajemy. W dodatku Europa przecież wygląda czysto. W Europie wszystkie śmieci się zbiera i wywozi, żeby nie trzeba było na nie patrzeć. W Azji śmieci leżą wszędzie – prawda wyłazi tu na jaw zewsząd. I kłuje. Mogę mieć jedynie nadzieję, że płacąc 80$ za wycieczkę zamiast 40 czy 50$, załogę stać na wywóz śmieci. Ale prawdy nikt przecież nie powie. Poza śmieciami uderzyła nas jeszcze jedna rzecz – dookoła, w zatoce, pływało wiele małych rybek – martwych. Dowiedziałam się od załogi, że są to przypadkowe ofiary wybuchów, które prądy znoszą z morza do zatoki. Podwodne bomby to jeden z głównych sposobów połowu ryb w Wietnamie, niszczący morską florę i faunę w ramach efektów ubocznych. Mimo to, zatoka wciąż jest niewzruszenie piękna. Obiecana jaskinia zrobiła na nas ogromne wrażenie – takich cudów w Europie nie widzieliśmy. W zeszłym roku oglądaliśmy również bardzo piękne jaskinie na Majorce – jednak tam ludzie zrobili wszystko, żeby to piękno zamazać. Kolorowe migające światełka, wszędzie porozstawiane głośniki, z których rozbrzmiewały dźwięki kapiącej wody oraz przedstawienie po niemiecku. Tandetne show zamiast natury. W Ha Long Bay na szczęście tego nie było. W jaskini umieszczono jedynie subtelne światło, które umożliwiało podziwianie prawdziwego arcydzieła przyrody. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na sufit wyrzeźbiony przez fale.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tym czasie mżawka ustała. Na szczęście – bo właśnie przyszedł czas na kajaki. Podpłynęliśmy do wypożyczalni na wodzie, dostaliśmy kapoki, wiosła i godzinę wolnego czasu. Zaraz obok stały – również na wodzie – zwykłe domy. Pranie się suszyło, kobiety się krzątały, dzieci, psy i koty biegały ()wyobrażam sobie radość szczególnie tych ostatnich z kompletnej izolacji od lądu…). W zatoce na wodzie mieszka 2000 osób, z czego 80 dzieciaków, podzielonych na trzy klasy, uczęszcza do szkoły – również na wodzie. Ci ludzie mieszkali wcześniej w pobliskich jaskiniach, jednak państwo tego zabroniło. Obecnie utrzymują się z wypożyczania kajaków i sprzedaży wina z łódek.

14-psy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Domy na wodzie

Domy na wodzie

Sama wycieczka kajakiem po zatoce jest naprawdę warta przeżycia. Można podpłynąć tuż pod skały (gdzie człowiek wydaje się zupełnie maleńki) i poeksplorować liczne małe jaskinie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po 50 minutach postanowiliśmy wrócić – cała grupa już na nas czekała. Wszyscy nam radośnie dopingowali i klaskali, że wreszcie jesteśmy… ale przecież wróciliśmy 10 minut przed czasem! Okazało się, że jako jedyni mieliśmy zegarek i cała reszta bała się spóźnić, więc wrócili dużo za wcześnie. Tu musze przyznać i podkreślić, że wodoodporny zegarek z kompasem naprawdę się przydaje. Ponadto wyłącznie dzięki niemu, wiemy jaki jest dzień tygodnia i miesiąca 😛 Po kolacji zaplanowano dla gości karaoke, gry w karty oraz połów kalmarów. Przezornie więc do kolacji wypiliśmy wietnamskie wino Vang Đàlạt z Emmą i Tomem. Może nie było to kilkuletnie Chianti, ale smak był łagodny i owocowy (a bukiet intensywny :P). Na karaoke nie było chętnych, chwyciliśmy więc za karty i przez dobre dwie godziny wymienialiśmy się bogactwem kulturowym, takim jak gra w kenta, pana czy shithead. Poczuliśmy ducha walki, więc ruszyliśmy na kalmary! Hobbystyczny połów tych pięknych zwierzątek polega na zwabieniu ich za pomocą światła i nadziania szybkim ruchem (bez przynęty) na haczyk.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy do światła podpłynęła przeurocza rodzina małych kalmarków (ze 4 centymetrowych) i spojrzała mi prosto w oczy – odmówiłam udziału w tej barbarzyńskiej zabawie. Chłopcy byli mniej wyrozumiali jednak połów okazał się sztuką, niemożliwą dla laika. Gdy już załoga skończyła się z nas naigrywać, podeszli z siatką i wyciągnęli tatę kalmarka z wody. Ten wyraził swoje niezadowolenie, soczyście spluwając atramentem.

18-squid

Następnego dnia mgła zeszła nisko i magicznie oplatała szczyty gór. Poczuliśmy się jak bohaterzy filmu Avatar. Z tej okazji wykonaliśmy kolejną setkę zdjęć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiejszą atrakcją była wizyta na fermie pereł. Na powierzchni wyglądała zupełnie niepozornie – nie wiem, czy uda Wam się dojrzeć na poniższym zdjęciu, ale spod wody wystawały małe czarne rzędy punkcików. I to już to!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Halong Bay hoduje się ostrygi na perły białe, żółte i czarne. Ze stu wyhodowanych ostryg średnio 10 produkuje perłę. Reszta podczas życia wypluwa zaczątki perły. Z dziesięciu uzyskanych, 2-3 nie nadają się do produkcji biżuterii. Mają nieregularny kształt, bądź drobne skazy. Na fermie pokazano nam cały proces produkcji. pierwszym krokiem jest hodowla ostryg. Całe worki tych stworzonek wsadza się do wody i czeka, aż osiągną odpowiedni wzrost. Następnie ostrygi się oczyszcza z zewnątrz i przekazuje cierpliwemu Wietnamczykowi, który każdą delikatnie otwiera i umieszcza zalążek perły w środku mięczaka. Zalążkiem w naturze jest np ziarenko piasku, jednak wytworzenie perły z piasku zajmuje przynajmniej 3 lata. W przemyśle stosuje się maleńkie perełki przygotowane wcześniej z masy perłowej. Wtedy – w zależności od pożądanego rozmiaru hodowla trwa do półtora roku.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po tym czasie ostrygi się wyławia i otwiera się ich muszle, co jest równoznaczne z ich śmiercią. Nasza przewodnik wyciągnęła jedną ostrygę i otworzyła – udało się jej znaleźć perłę!

25-perla

Na farmie był też sklepu, gdzie za stosunkowo nieduże pieniądze (w porównaniu z Europą) można było zakupić sznur czarnych pereł.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ciekawostką było to, że wszystkie niedoskonałe perły także trafiają do sprzedaży. Koszt – 15 $ plus kolejne 15 za pierścionek czy też zawieszkę. Można było wybrać sobie taką perłę i na miejscu starszy Wietnamczyk przytwierdzał ją do srebra.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po podziwianiu pereł statek zawrócił już do portu – w tym czasie mieliśmy okazję sami przygotować sajgonki na lunch.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na początku żałowaliśmy, że przyjechaliśmy akurat wczesną wiosną na Ha Long Bay, kiedy słońce nie wychodzi, a mżawka właściwie nie ustaje. Jednak właśnie dzięki temu na zatoce nie było tak wielu turystów, a sama zatoka wyglądała niesamowicie – jak zupełnie z innego świata. I na pewno nie żałujemy!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Komentarze

One comment on “Cud świata natury – Ha Long Bay

  • Wyglada ze dobrze trafiliscie. Gratuluje cierpliwosci waszej i pani z agencji turystycznej. 🙂
    Mysle, ze mgla dodaje temu miejscu uroku, choc moze dzieki i temu zechcecie wrocic by zobaczyc je w sloncu. Naprawde piekne.
    Polow rybek bombami to kiepski pomysl.. i te smieci to tez wielka szkoda. Myslicie ze kiedys sie to zmieni? Gdyby nastaly takie porzadki to pewnie tez y to zupelnie zmienilo cale panstwo i mentalnosc tamtejszych ludzi.. ciekawe jaki bylby rezultat.
    Macie fantastyczne przygody, oby takich jak najwiecej!
    Trzymajcie sie cieplo 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>