Co zjeść i wypić na Teneryfie

Jedzenie i picie to zawsze chwytliwy temat. Jedzenie jest dobre. Picie również. Ludzie mają różne podejścia do wakacji: niektórzy potrzebują odpocząć, a inni się zmęczyć, ale zdecydowaną większość łączy jedno – lubią dobrze zjeść. Również należę do grona wakacyjnych smakoszy i dziś zapragnąłem podzielić się moimi odczuciami na temat typowych, kanaryjskich potraw, które przyszło nam z Anną spożywać podczas naszego dwutygodniowego miesiąca miodowego.


Zdarzyło mi się kiedyś być już w Hiszpanii, a Anna też niejedno na jej temat słyszała więc zgodnie z naszą wiedzą, na pierwszą kolację zamówiliśmy znane na całym świecie hiszpańskie danie, czyli Paellę. Danie oparte na ryżu z najróżniejszymi dodatkami, przygotowywane na patelni, z której jest też bezpośrednio jedzone. Przedstawiona poniżej Paella została spożyta w mało turystycznej miejscowości Las Galletas, w niewielkiej restauracji nad brzegiem oceanu. Następnego dnia w tej samej miejscowości wkroczyliśmy do informacji turystycznej, gdzie dowiedzieliśmy się jednej podstawowej rzeczy na temat Wysp Kanaryjskich: tutejsza kuchnia jest zupełnie inna niż hiszpańska.. a Paellę zamawiają tylko frajerzy.

Paella – typowo niekanaryjska potrawa 😉

Nie mogliście jeść tu dobrej Paelli. Chociaż wy.. turyści.. nie wiecie co to dobra Paella bo nie macie jej tu z czym porównać” – mówiła pani w informacji turystycznej – „powinniście jeść kanaryjskie potrawy tak jak my, a nie Paelle!”. Mówiła dużo, a kończąc każde kolejne zdanie spoglądała na nas, grubiańskich turystów, z coraz większym politowaniem. Skutecznie wzbudziliśmy w niej litość i uzyskaliśmy adres kanaryjskiej restauracji z prawdziwego zdarzenia. Na naszej mapie zaznaczyliśmy miejscowość o nazwie Arona jako niezwykle istotny kulinarnie punkt.

Zanim jednak udaliśmy się do Arony, niespodziewanie nadszedł czas na kawę. Nie stawialiśmy więc oporu i udaliśmy się do jednej z pobliskich kawiarni. Lista kanaryjskich kaw jest długa. Sprawdziliśmy więc co piją inni i zamówiliśmy to samo – Barraquito zwane również Cafe con leche leche czyli „kawa z mlekiem mlekiem”. W niewielkiej szklaneczce pojawiła się mocna kawa z mlekiem oraz z mlekiem skondensowanym. Ze względu na wczesną porę (oraz z przyzwoitości) zdecydowaliśmy się na wersję bez alkoholowego likieru.

Barraquito sin licor

Po kawce krótki spacer i już mogliśmy jechać naszym wypożyczonym, turkusowym Fiatem 500 na obiad do Arony. Tuż przy wjeździe do miasteczka znajduje się Bar Gela. Teneryfczycy przyjeżdżają tam na kawkę lub małe piwko i obiad, ale przede wszystkim na pogaduchy. No i zero turystów! Pamiętajcie, żeby nie wysyłać tam wszystkich Waszych znajomych bo wszystko popsujecie…

Arona – Bar Gela

W informacji turystycznej Las Galletas (btw. ta nazwa nie znaczy nic innego jak „Ciasteczka”…) polecono nam zamówić Potas en salsa – kałamarnicę w sosie oraz Carne mechada czyli wołowinę. Również w sosie.

Potas en salsa – kałamarnica w sosie

Carne mechada – wołowinka

Najedliśmy się więc pod korek kotletów i głowonogów. Z reguły unikamy mięs (w szczególności Anna), ale spróbować trzeba. Polecam Bar Gela i te najprawdziwsze, teneryfskie dania! Warto zwrócić również uwagę na dodatki obecne na przedstawionym powyżej teneryfskim stole. Czerwony i zielony sos to odpowiednio mojo rojo oraz mojo verde. Nieodłączny element Teneryfy, który wraz z chlebem (el pan) po prostu musiał towarzyszyć nam przy obiedzie. W szklance z napisem z logiem Dorada czekało lokalne piwo tejże marki zmieszane z napojem pokroju 7up.

Dni mijały nam wprawdzie beztrosko, lecz głód pojawiał się każdego dnia – w szczególności o poranku. W związku z tym jednego pięknego dnia udaliśmy się do kawiarni oznaczonej jako churreria czyli miejsce, w którym serwuje się przede wszystkich chocolate con churros. Ten przysmak dla odmiany spotkać można również w innych częściach Hiszpanii. Są to podłużne „paluchy” smażone na głębokim oleju, które najlepiej smakują gdy macza się je w gorącej czekoladzie lub w słodkiej kawie.

Chocolate con churros

Kwestia churros jest o tyle zabawna, że można je zjeść tylko rano. Ponadto „rano” nie jest sprecyzowane. Churros przy odrobinie szczęścia można zamówić, gdy restauracja rozpocznie działalność w danym dniu (a wyznaczenie dokładnej godziny rozpoczęcia nie jest zadaniem trywialnym), a jednocześnie gdy nie będzie już za późno na jedzenie chocolate con churros. W związku z tym w Las Galletas udało nam się zjeść je tylko raz.

Po słodkiej przekąsce, ponownie z zaskoczenia dopadła nas przerwa na kawę. Tym razem była to lumumba, czyli kawa z koniakiem i bitą śmietaną. Lumumba została przez nas zapamiętana jako napój ściśle rozweselający.

Żona popija cafe lumumba

Czasami jest taki dzień, że człowiek musi zjeść drugie śniadanie. Albo czasami jest taki dzień, że nie musi? Niemniej jednak zarówno na Wyspach Kanaryjskich jak i w innych rejonach Hiszpanii, na drugie śniadanie poleca się słynny omlet z ziemniaków i cebuli – tortilla de patatas. Koszt jednej porcji to około 2,50 euro.

Tortilla de patatas

Istnieje ryzyko, że zjedzenie drugiego śniadania pociągnie za sobą również obiad. W takiej sytuacji rozwiązaniem problemu jest np. plato combinado czyli frytki lub ziemniaki, surowe warzywka i ryba/owoc morza/mięso. W tym przypadku padło na kalmary obsmażone w jaju.

Calamares – plato combinado

Przemierzając Teneryfę na północ warto zahaczyć o urokliwe miasteczko Santiago del Teide, w którym to jeśli nierozważny turysta zamówi wspomniane wcześniej kawowe barraquito i zapomni sprecyzować czy ma być z likierem czy bez… Zostanie bestialsko upity.

Barraquito con licor

A teraz czas na ziemniaczki. Papasy znajdują się nawet na pocztówkach z Teneryfy. Bez Papasów nie byłoby tej wyspy, ani jej mieszkańców. Mam nawet wrażenie, że nie byłoby niczego… Jedzmy więc papasy z mojo rojo i verde! Ziemniaki gotowane są w całości w niewielkiej ilości słonej wody. Podczas gotowania cała woda wyparowuje i sól osadza się na bulwach.

Papas arrugadas

Po przejechaniu przez kręte, górskie drogi dojazdowe do wsi Masca, warto odbić na chwilę z głównej trasy i wjechać przez jeszcze bardziej kręte i jeszcze bardziej górskie dróżki prowadzące do Teno Alto i do restauracji o tej samej nazwie położonej ponad chmurami często okalającymi Teneryfę. Wieś znana jest nie tylko z pięknych widoków, ale również z produkcji koziego sera. Polecam również zdegustowanie sernika (dla odmiany z mleka krowiego), ponieważ jest zupełnie inny niż serniki z różnych części świata, których miałem okazję próbować.

Tarta de queso – sernik

Czasami mężczyźni zabierają swe żony do drogich kurortów i wykwintnych restauracji, a one mimo wszystko nie są zadowolone. Wtedy mężczyźni szukają dalej, kupują drogie prezenty, ubrania, biżuterie. To też nie zawsze działa. Muszę w tym miejscu nieskromnie stwierdzić, że mi się w życiu poszczęściło, ponieważ mogę dać swojej żonie największą radość zabierając ją… na rynek. Najlepiej taki gdzie zjeżdżają się rolnicy i handlują tym co sami wyhodowali. Na Teneryfie takim miejscem jest Mercado agricultor. Wystarczy taką zabrać na rynek rano, by cały dzień miała dobry humor.

Mercado agricultor

Aguacate

A z takim dobry humorem można szaleć dalej. Dla przykładu można zrobić sobie spacer pod górę z miejscowości Garachico do położonego znacznie wyżej San Juan del Reparo. Trasa jest średnio ciekawa, a na górze nie ma zupełnie nic poza domkami mieszkalnymi i jednym barem, w którym zjedliśmy mięsną empanadę.

Empanada

Zaobserwowaliśmy jednak przy okazji niezwykle ciekawe zjawisko. Otóż do tak wyglądającego baru w Polsce nigdy byśmy nie weszli. Schodzili się tam ludzie wyglądający jak kibole, łysi i z więziennymi tatuażami. Wchodzili na kawkę, pogadali z właścicielem, pośmiali się, zapalili papierosa i wychodzili. Ciekawostka jest taka, że przy wejściu kłaniali się nam nisko, czasami trochę zagadali, pośmiali się, a następnie wychodzili i ponownie kłaniali się w pas. Coś czego nie da się niestety zaobserwować w naszej pięknej Polsce.

Schodząc z powrotem do Garachico, w okolicy głównego placu warto zatrzymać się na obiad. Przecież coś człowiek jeść musi… Tu padło na tuńczyka w sosie. Oczywiście do tego chleb i sosy mojo.

Atún en salsa – tuńczyk

Mojo rojo y verde – czerwony i zielony sos mojo

W miejscowości Icod de los Vinos, w okolicy wielkiego, tysiącletniego drzewa El Drago znajduje się winnica Museo de Malvasia, w którym za 1 euro Anna zdegustowała czerwone wino i trzy rodzaje teneryfskiego likieru. Anna poleca. A kierowca.. jak to kierowca.

Degustacja w museo de malvasia

Jadąc z Puerto de la Cruz (miasta pełnego Niemców w podeszłym wieku, wurstów i Hefe Weißbier) i kierując się na wschód, można trafić na ukryte w mniejszych miasteczkach guachinche, czyli domową restaurację serwującą lokalne specjały. W guachinche bywa problem z komunikacją po angielsku oraz z dostępnością menu. Tam po prostu trzeba wiedzieć po co się przyszło. W związku z tym zjedliśmy kanaryjską zieloną zupę warzywną, której nazwy nigdy nie poznaliśmy.

Zielona zupa z gofio w guachinche – książka za 1zł dla pierwszej osoby, która poda poprawną nazwę!

Następnie nadszedł czas na ośmiornicę czyli pulpo. Również bardzo dobra, chociaż przyznam że kałamarnica w Aronie podchodziła mi bardziej.

Pulpo en salsa – ośmiornica

Na koniec deser – klucz do sukcesu. Mus zrobiony na bazie mąki gofio, skondensowanego mleka i pewnie kilku innych składników. Po spróbowaniu, Anna zakupiła 2kg gofio, które przywlekliśmy ze sobą do Polski…

Mousse de gofio

Kierując się dalej na wschód dotarliśmy do winnicy Casa del Vino w miejscowości El Sauzal. Z winnicy roztacza się piękny widok na wulkan El Teide oraz na ocean. Na tarasie zaczepił nas pasjonat fotografii, który nie mógł patrzeć jak sami próbujemy zrobić zdjęcie siebie w cieniu i jednocześnie wulkanu, który jest za nami, więc zabrał nam aparat i zrobił to sam.

Widok na El Teide z Casa del Vino

Następnie mogliśmy spokojnie zdegustować wino i zakąsić wyszukanymi deserami. Podobno w tym miejscu winem raczył się nawet sam Robert Makłowicz.

Casa del vino – czyli żyj jak Makłowicz

Kolejny dzień, kolejna kawa. W stolicy Teneryfy, czyli w Santa Cruz De Tenerife zamówiliśmy Cafe Bon Bon – czarne jak smoła espresso na skondensowanym mleku. Małe, ale diabeł.

Cafe bon bon

W stolicy nie spędziliśmy zbyt dużo czasu. Może inaczej – niezbyt długo zwiedzaliśmy, ale długo szukaliśmy parkingu. Jedyne takie miejsce na całej wyspie, w którym poczułem się jak w Poznaniu. Przejechaliśmy przez góry Anaga prosto do bajkowo usytuowanej miejscowości Taganana. Tam wybraliśmy sobie jedną z dwóch lub trzech dostępnych restauracji i zostaliśmy stałymi klientami. Jedno ze smaczniejszych miejsc, które mieliśmy okazję odwiedzić to właśnie Casa Picar.

Casa Picar w Taganana

Właściciel rozmawiał z nami przy każdej okazji i mimo że nie znał ani słowa po angielsku, byliśmy w stanie się dogadać. Na początek dogadaliśmy się na kozę. Mięso z kozy podawane jest razem z kośćmi i chrząstkami. Normalnie nie przepadam za tym sportem, ale to kozie mięso naprawdę robiło robotę. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest to najlepsze kanaryjskie danie jakie mi się trafiło.

Carne de cabra – koza na talerzu

Po zjedzeniu kozy postanowiliśmy zrobić kilkugodzinny spacer po górach. Słaby pomysł. Koza do lekkich dań na pewno nie należy… Niemniej jednak widoki piękne.

Wróciliśmy akurat na kolację – czyli przystawkę ze świeżego koziego sera i oliwek, a do tego różowe wino domu. Popijając ten boski trunek obserwowaliśmy jak po woli nadchodzi noc i jak gekony zaczynają wychodzić na polowanie w okolicach zapalonych żarówek, gdzie much mają pod dostatkiem przez cały wieczór.

Queso blanco – świeży ser z kozy

Vino rosado de la casa – różowe wino domu

Śniadanie oczywiście w Casa Picar. Kanapeczki na specjalne zlecenie nie stanowiły najmniejszego problemu.

Bocadillos – kanapeczki

Nasza podróż nie była zaplanowana w najmniejszym stopniu więc zdarzało się kilkukrotnie, że musieliśmy wrócić kilkadziesiąt kilometrów, ponieważ zarezerwowaliśmy zbyt późno jakąś atrakcję i była dostępna dopiero kilka dni po naszym wyjeździe z danego miejsca. Tak było np. w Icod de los Vinos, gdzie znajdują się jaskinie utworzone przez zastygłą lawę – Cueva del viento. Wróciliśmy więc zobaczyć jaskinie. Nasz przewodnik był wielkim patriotą i wykorzystywał każdą okazję, żeby przekonać swoich turystów do lokalnego, kanaryjskiego jedzenia. Nam taki obrót sytuacji pasował więc skorzystaliśmy z jego porad i zapisaliśmy sobie nazwy kilku dań i miejsc, w których można ich skosztować. Tak trafiliśmy do Guanchiche El Cubano na południe od La Orotavy. Rzeczywiście zjedliśmy w miejscu gdzie nie było żadnego turysty i napiliśmy się chyba najlepszego wina na całej Teneryfie, ale z jedzeniem trafiliśmy średnio. Na pierwszy ogień Escaldon de gofio. Do jakiej kategorii dań można je zaliczyć, szczerze nie wiem. Nie zupa i nie danie główne. Raczej przystawka. W smaku przeważa mąka gofio będąca głównym składnikiem wielu kanaryjskich potraw. Poza tym były tam również kawałki tłustego mięsa i cebula. Nawet niezłe, ale drugi raz bym nie zamówił.

Escaldon de gofio

Następnie frytki z jajkiem sadzonym. Można by pomyśleć – nic prostszego, tylko po co za to płacić? Aha! Otóż nie wiem dlaczego.

Huevos al estampido – frytki z jajem i półpłynnym chorizo ukrytym w środku

Problem z tym daniem był taki, że niespodziewanie spod jaja wypłynęło mielone mięso wyglądające jak surowe lub świeżo zwrócone. Specjalne chorizo, którego nie daliśmy rady zjeść. Żeby uratować sytuację zamówiliśmy placki bananowe na deser. Wyglądały świetnie. Tylko że same w sobie nie miały żadnego smaku, a na wierzchu zostały posolone co sumarycznie sprawiło, że również nie dało się ich zjeść.

Tortilla de platano – placki bananowe

To chyba jedyne miejsce na całej Teneryfie, w którym nie wyszedł nam obiad. Chyba było aż nazbyt lokalnie. Wino jednak podkreślam – najlepsze na wyspie. Najbezpieczniej byłoby jednak zamówić do niego suchy chleb 🙂

Innego razu zatrzymaliśmy się na dwie noce w położonej ponad chmurami miejscowości Vilaflor. Tam przyszło nam zjeść potrawę z ciecierzycy nazywaną przez Teneryfczyków „starymi ciuchami” w dosłownym tłumaczeniu. Całkiem pożywne danie.

Ropa vieja – czyli stare ciuchy

Wracając z Vilaflor nie sposób pominąć znany i lubiany Bar Gela w Aronie. Grzechem byłoby nie zamówić grillowanych kałamarnic.

Calamares a la parilla – grillowane kałamarnice

Pod koniec wyjazdu przyszedł czas na odrobinę luksusu. Jedna, a może nawet dwie noce poślubne w luksusowym kurorcie przeznaczonym dla elit państw zachodnioeuropejskich jeszcze nikomu nie zaszkodził. W takim miejscu można zażyczyć sobie np. omlet z awokado, a już zmartwieniem kucharza jest kwestia jak to zrobić. Ten kucharz poszedł trochę na łatwiznę i po prostu ułożył elegancką połówkę awokado obok omletu.

Omlet z awokado – śniadaniowy wynalazek Anny

Na pożegnanie z Teneryfą nie ma nic lepszego jak powrót do pierwszego miasteczka, które odwiedziliśmy czyli Las Galletas. Zabawne ponieważ gdy zobaczyliśmy je po raz pierwszy, od razu chcieliśmy jechać dalej. Krajobraz pustynny, plaże czarne, atrakcji turystycznych prawie wcale. Ale za to jedzenie – doskonałe 🙂 Jako że prawie żaden turysta tam nie zagląda, mieliśmy niepowtarzalną okazję zjeść sałatkę z ośmiornicy i jednocześnie wraz z teneryfskimi dziadkami kibicować hiszpańskim reprezentantom w MotoGP.

Ensalada de pulpo – sałatka z ośmiornicy – idealne do MotoGP

Cafeteria Mencey w Las Galletas

Ostatnia kolacja na zakończenie podróży poślubnej – wino, awokado, smażone ryby i krewetki w domowym zaciszu AirBnB w okolicach Adeje. A w tv nigdy niemilknące rytmy hiszpańskiego disco polo 😉

Pożegnanie z Teneryfą – kolacja w rytmach hiszpańskiego disco polo

Czy nudziliśmy się przez 2 tygodnie na tak małej wyspie? Nie. Jeśli miałbym wybierać czy teraz siedzieć przy komputerze, a jutro jechać w delegację do Zielonej Góry, albo nudzić się na Teneryfie… to wolę to drugie 🙂

Świeża Żona z głową w chmurach

Jeśli podobał Wam się ten post to pamiętajcie żeby koniecznie kupić naszą książkę dostępną w empiku, większości księgarni internetowych lub po prostu na naszym blogu pod tym linkiem 🙂

Nie zapomnijcie również udostępnić posta na Facebooku! Wystarczy kliknąć ikonkę FB poniżej posta.

P

Komentarze

2 comments on “Co zjeść i wypić na Teneryfie

  • Jak na moje to klasyczna teneryfska zupa z rukwi wodnej (water-cress soup). =)
    P.S. Kiedy mogę wprosić się na mus z gofio, hym? =)

    Odpowiedz
    • Paweł Skiba pisze:

      Tak czytam o tej zupie i to chyba jednak nie to.. grunt ze Ty juz dawno dostalas ksiazke wiec nie musisz wygrac tego konkursu 🙂 Na gofio zapraszamy w przyszlym tygodniu.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>