Chiang Mai

Chiang Mai – bardzo tajskie miasto

Z Ayutthaya wyjechaliśmy w niedzielę 02.02.2014 o godzinie 19:45. Tego samego dnia rano udało nam się kupić bilety na pociąg nocny z miejscami sypialnymi. Warto wspomnieć, że mam pewne doświadczenia z pociągami nocnymi relacji Poznań-Mannheim. Nie są to doświadczenia, które w jakikolwiek sposób mógłbym zaliczyć do przyjemnych.. Teraz moja niechęć narasta jeszcze bardziej, gdy tylko wspominam pociąg relacji Bangkok-Ayutthaya-Chiang Mai. Tajowie wiedzą jak przygotować wagon tak, żeby dało się w nim wyspać. Wagony są klimatyzowane i niepodzielone na przedziały. Prycze ułożone są wzdłuż wagonu po obu stronach. Każde miejsce posiada niebieską zasłonkę, oddzielającą osoby śpiące od pasażerów którzy wieczór dopiero zaczynają..

Wagon sypialny

Miejsce w wagonie sypialnym

Podróż na dystansie około 650km trwała trochę ponad 12h. Bez talepania jak w pkp, praktycznie w ciszy, a do tego w stałej temperaturze. Bilet dla jednej osoby w cenie 80zł. Tajlandia to wspaniały kraj.
W poniedziałek 03.02.2014, wypoczęci i gotowi na dalsze przygody wysiadamy na dworcu w Chiang Mai. Chcemy zrobić sobie spacer po nieznanej ziemi. Ale oni nie śpią.. już tu są.. wiedzą że przyjechaliśmy.. tylko czekają na chwilową dezorientację.. patrzą jak biały turysta wystawia niepewnie głowę z wagonu.. jak stawia pierwszy krok.. zastanawia się gdzie jest i w którą stronę się udać.. nie dają mu czasu na namysł, wybierają odpowiedni moment.. i atakują…. taksówkarze, tuk-tukarze, rykszarze – ATAKUJĄ! Wpadamy w panikę, nie wiemy co się dzieje, każdy biegnie w inną stronę, potykamy się o własne nogi.. w popłochu wyrzucamy bagaże.. ale zaraz, chwila – przecież to Tajlandia.. chyba tak właśnie ma być?
Pozbieraliśmy się. Po dłuższej chwili udało nam się opuścić teren dworca i udać w stronę centrum miasta. Oddalając się od ‚strefy zero’ coraz rzadziej zatrzymuje się przy nas pan taksówkarz. Mili panowie zawsze chętnie pomogą dotrzeć w wyznaczone miejsce. Lubimy jednak chodzić. Tajowie tego nie rozumieją, ale my po prostu czasami chcemy się przejść i pieszo zwiedzić okolicę. W tym kraju na szczęście nie ma stresów. My nie złościmy się na ich natarczywość, a oni nie złoszczą się gdy dziękujemy za usługi. Przysługa za przysługę 🙂
Tym sposobem znaleźliśmy się w centrum miasta. Wypiliśmy pierwszego szejka kokosowego (opisanego w przekąskach część II). Miasto jest dużo mniejsze od Bangkoku, jednak ciągle nie brakuje w nim samochodów, skuterów, ani tuk-tuków. Po wstępnych oględzinach miasta postanowiliśmy udać się do hostelu Trekker Camp, znalezionego wcześniej na stronach hostelworld. Widzieliśmy już że przejażdżka tuk-tukiem i tak nas nie ominie, więc zdecydowaliśmy, że jest to odpowiedni moment. Znaleźliśmy kierowcę, jak zawsze skory to krótkiego targowania, ustalamy cenę i jedziemy. Pewnie nie wszyscy widzieli tuk-tuka na własne oczy. Otóż wygląda on tak:

Dawniej w Tajlandii jeździło się bardzo podobnym środkiem transportu jednak napędzanym siłą nóg kierowcy. Teraz pojazdy wyposażone są w silniki spalinowe i w mgnieniu oka dostarczają pasażerów w wyznaczone miejsce. Nazwy ulic, które znajduje się w internecie pisane są alfabetem łacińskim. Nijak mają się one do nazw tajskich. Miejscowi często nie potrafią powiązać obu nazw. Nawet wydrukowany lub zapisany ręcznie adres hostelu nie wystarcza. Kierowca zostawia nas w okolicy. Dalej musimy radzić sobie sami. Lokalni Tajowie chętnie nam pomagają: wyciągają iPada z dostępem do internetu, przeglądają z nami mapy, próbują dzwonić.. nic z tego. Szukamy dalej. W końcu trafiliśmy na pracownika hostelu, który zaprowadził nas pod same drzwi. Oczywiście krążyliśmy w okół hostelu od samego początku. W recepcji miła pani mówi nam, że mimo naszej rezerwacji nie ma dla nas pokoju. ‚No problem!’ (to chyba ulubione powiedzenie Tajów). Pani zawozi nas swoim samochodem do pobliskiego Hotel Inn o znacznie wyższym standardzie i wyrównuje cenę z własnej kieszeni, tak że my płacimy tyle ile zapłacilibyśmy za pokój w jej hostelu. Zostajemy tam dwie noce. Trzeciej przeprowadzamy się do hostelu Trekker Camp, ponieważ miejsce się zwolniło. Każdego dnia dostajemy darmowe rowery, dzięki którym mogę dojechać na poranny trening Muay Thai, a później razem z Anną do centrum miasta. Każdego dnia rano czeka na nas jajko sadzone, tosty i prawdziwa tajska herbata. Herbata zielona, która po zaparzeniu jest tak ciemnozielona, że wygląda z pozoru na herbatę czarną. Nic bardziej mylnego. Po prostu nie znamy takiej herbaty. W Europie jej nie ma. Miejscowi dolewają kropelkę mleka i łyżeczkę cukru. Wtedy filiżanka wygląda następująco:

Herbatka

Trekker Camp

Po porannym treningu i śniadaniu, każdego dnia zwiedzamy. Chiang Mai wydaje się być bardzo tajskim miastem. Na każdym rogu można znaleźć lokalne potrawy takie jak zupę Khao Soi typową dla tego regionu, czy kokosowe ‚jajka’ wypiekane na miejscu przez lokalne babcie. Centrum miasta otoczone jest rzeką z czterech stron. Wzdłuż rzeki znajdują się jedne z najbardziej ruchliwych ulic w mieście. Przedostanie się na drugą stronę czasami graniczy z cudem. Ruch jest zawsze, o każdej porze dnia i nocy. (A w Tajlandii pieszy nie ma pierwszeństwa. W wielu przypadkach nie ma też pasów ani chodnika.) Przy rzece znajdują się najróżniejsze drzewa. Czasami udaje się na chwilę zatrzymać i przysiąść w cieniu jednego z nich. Nie brakuje też kwiatów.
Mniej więcej w połowie prostokątnego centrum znajduje się ulica Prapokklao. Jedna z głównych ulic centrum, przy której znajduje się cały szereg świątyń buddyjskich. Przynajmniej połowy z nich w ogóle nie ma na mapach. Co kilka metrów zatrzymujemy się, aby podziwiać budowle, posągi, ozdoby..

Głowa Buddy

Wat

Do świątyń ani innych obiektów religijnych nie wolno wchodzić z odkrytymi nogami lub ramionami. W rzeczywistości wielu turystów o tym nie wie, lub nie chce wiedzieć. Nie widzieliśmy jednak, żeby ktokolwiek został ze świątyni wyproszony. Jedyna zasada, której wszyscy się trzymają to ‚Please take off your shoes’. Przed każdą świątynią widać obuwie z różnych stron świata. Wewnątrz świątyń prawie zawsze znajdują się posągi przedstawiające Buddę w różnych pozycjach. Ogólny układ elementów wewnątrz świątyni nie odbiega zbytnio od kościołów katolickich. Zawsze widzimy ołtarz, mnóstwo złota i ozdób oraz oczywiście ofiary przynoszone przez wiernych. Tutaj są już pewne różnice. Poza pieniędzmi buddyści przynoszą do świątyń dary dla mnichów. Można kupić gotowy zestaw ‚dla mnicha’ w okolicznych sklepach i złożyć w świątyni.

Dary dla mnichów

Mnich może posiadać tylko to co dostanie lub sam uzbiera. Skoro poruszyłem już temat mnichów – w okolicy jednej ze świątyń w Chiang Mai można było usiąść z mnichami i zadać im dowolne pytania. Nasza wiedza na temat tutejszej religii przed przyjazdem nie była zbyt obszerna, więc postanowiliśmy ją trochę wzbogacić. Rozmowa przebiegała zupełnie inaczej niż z księdzem katolickim, świadkiem Jehowy czy ateistą. Otóż nie odczuliśmy w żadnym słowie, aby rozmówca próbował ‚przeciągnąć nas na swoją stronę’. Rozpoczął rozmowę od pytając skąd jesteśmy, jak nam się podoba w Tajlandii, a następnie odpowiadał na każde nasze pytanie. Jakie to były pytania opowiemy pisząc post o buddyzmie. Mnich na koniec życzył nam szczęścia i bezpiecznej podróży.
W pobliżu jednej ze świątyń znajdował się dom na kształt naszej plebanii – dom mnicha. Z pięknym ogrodem, stawem pełnym ryb i żółwi oraz najróżniejszych roślin.

Dom mnicha

Ogród

Zwiedzanie świątyń w centrum miasta zajęło nam cały dzień, a i tak nie udało nam się wejść do każdej z nich. Na pewno warta wspomnienia jest świątynia (a właściwie jej pozostałość) Wat Chedi Luang. Ze względu na jej wiek i stopień uszkodzenia, mogliśmy podziwiać ją jedynie z zewnątrz. Jest naprawdę ogromna. W kilku miejscach widać rzeźby słoni – zwierząt które występują w większości buddyjskich świątyń. Górne partie są porośnięte roślinnością.

Wat Chedi Luang

Na szczególną uwagę zasługuje także Wat Phra Singh oraz mniejsze świątynie sąsiadujące. W zasadzie jest to cały kompleks budynków oddzielonych od siebie malowniczymi ogrodami. Warto poświęcić trochę czasu na koniec dnia i chłonąć atmosferę spokoju, która towarzyszy temu miejscu.

Wat Phra Singh

Jest też jedno miejsce, trochę na uboczu po wschodniej stronie ulicy Prapokklao. Trafiliśmy tam przypadkiem, ponieważ nie jest zaznaczone na mapie. Stąd też nie wiemy jak się nazywa. Widoczne na zdjęciach poniżej.

Mnich podczas rozmowy zapytał nas czy widzieliśmy już świątynię na wzgórzu – Wat Phrathat Doi Suthep. Powiedział też, że jeśli tam nie byliśmy to nigdy nie byliśmy w Chiang Mai. Następnego dnia wybraliśmy się tam ze znajomymi poznanymi w hostelu Trekker Camp. Do świątyni nie można dojechać komunikacją miejską. W piątkę znaleźliśmy kierowcę, który zawiózł nas tam.. i w jeszcze jedno miejsce, o którym za chwilę. Kolejny interesujący środek transportu. Jest to powiedzmy.. rodzaj taksówki.

Taxi

Główną wadą tego rodzaju taksówek jest ilość wdychanych zanieczyszczeń. Wielu mieszkańców Bangkoku i Chiang Mai chodzi na co dzień w maskach osłaniających nos i usta. Niestety zanieczyszczenie powietrza jest okropne. Odczuliśmy to na własnej skórze kaszląc i wydmuchując z nosa czarne pozostałości z trasy. Świątynia na wzgórzu była jednak tego warta. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że to w tym miejscu pan Wojciech nakręcił kontrowersyjny odcinek swojego programu pt. ‚Buddyzm’.

Wat Phrathat Doi Suthep

Wat Phrathat Doi Suthep

W centralnej części znajduje się tzw. Chedi lub Stupa. Obiekt zawierający relikwie. Buddyści okrążają Chedi trzykrotnie trzymając kwiat w dłoniach. Modląc się, idąc po szczęście, po dobry omen. Czasami idą też turyści (we wspomnianym wyżej odcinku popularnego programu podróżniczego określani jako ‚głupie ludzie’). Idą bo chcą. Takie mają życzenie. Szczęście nie jest zagwarantowane tylko dla ‚wiernych’. Każdy może go trochę dostać.

Wat Phrathat Doi Suthep

W buddyzmie jest wiele szczęścia, które mnisi bardzo chętnie rozdają. Nie każą nikomu przyjmować ich religii ani modlić się do ich Buddy. Będąc białym katolikiem można otrzymać szczęście od buddyjskiego mnicha. ‚No problem!’.

Mnisi mają wiele zasad. Im starszy i bardziej doświadczony mnich tym więcej zasad i ograniczeń. Jednym z nich jest dość daleko posunięty celibat. Na tyle daleko i zapobiegawczo, że mnichowi nie wolno dotknąć kobiety, ani przyjąć bezpośrednio od niej żadnego przedmiotu. Ale szczęście należy się każdemu – również kobietom.
Świątynie buddyjskie różnią się od katolickich również tym, że w tych pierwszych występuje dużo zwierząt i stworzeń ‚nie z tej ziemi’ jak np smoki strzegące wejść do świątyni.

Wat Phrathat Doi Suthep

Ze wzgórza Doi Suthep rozciąga się widok na miasto Chiang Mai. Ponad miastem rozciąga się natomiast ciągle powiększany smog, przez który delikatnie prześwitują zarysy pasm górskich.

panorama

Czy Chiang Mai to tylko świątynie? Oczywiście że nie. Lokalne ‚informacje turystyczne’ oferują zorganizowane wycieczki do dżungli, do jaskiń, nad wodospady i w wiele innych miejsc szlakami tysięcy turystów przed nami. Określenie ‚informacja turystyczna’ pisane w cudzysłowie, ponieważ w Chiang Mai są ich dziesiątki i w rzeczywistości są to prywatne biura organizujące wycieczki. Próbowaliśmy dowiedzieć się gdzie można pójść na własną rękę – nic z tego. Jedni powiedzieli że rząd zabrania, inni że nie ma szlaków, a jeszcze inni zachwalili swoje wycieczki i zrugali konkurencję. Jak my zorganizowaliśmy wycieczkę możecie przeczytać dwa posty wcześniej (‚dlaczego hostel’).
Na północ od Chiang Mai znajduje się królestwo tygrysów – Tiger Kingdom. Dojechaliśmy tam z tym samym kierowcą, który zawiózł nas do świątyni na wzgórzu. W królestwie tygrysów krwiożercze i bezlitosne bestie zmienione zostały w potulne koty pościelowe. Tygrysy rodzą się tam i od początku wychowywane są z ludźmi. Całkowicie pozbawione agresji i instynktu zabijania.

Tiger Kingdom

Tiger Kingdom

Wejście do klatki z tak wielkim kotem to niesamowite przeżycie. Tym bardziej że obsługa wyposażona jest jedynie w krótkie kijki bambusowe. Kot w jednej chwili śpi, a w następnej budzi się, ziewa i patrzy nam prosto w oczy. Nikt nie wie co stanie się za chwilę 🙂

Tygrysy wyglądają na szczęśliwe. Żyją tam koty zupełnie małe, a także średnie i zupełnie dorosłe. Mają ładne, zadbane futro i nie widać żeby cierpiały. Na wolności jest ich już tylko garstka. Może to właśnie sposób, aby utrzymać ten wspaniały gatunek przy życiu. Niestety pozbawiamy ich naturalnych instynktów i możliwości życia w zgodzie z naturą, ale z drugiej strony dzięki takim miejscom mogą przetrwać. Zwierzęta takie jak tygrysy bardzo rzadko chcą rozmnażać się w niewoli. Tutaj najwyraźniej jest im dobrze.
Poza królestwem tygrysów w okolicy Chiang Mai znajdują się też wioski słoni (w których wspomniany wcześniej podróżnik nakręcił odcinek o poganiaczach słoni), a także wioska ludu Karen, gdzie kobiety mają przez całe życie wydłużane szyje (w wiosce Karen ów podróżnik również nakręcił odcinek swojego programu).
Samo miasto dostarcza również wielu lokalnych atrakcji, za które nie zawsze trzeba płacić (wszystkie powyższe są dość drogie). W centrum znajduje się park Buak Hat. Jest to bardzo przyjemne miejsce, w którym za złotówkę można wypożyczyć matę i odpoczywać na trawie, w cieniu palm choćby przez cały dzień. Z dala od zgiełku dużego miasta – mimo że w jego ścisłym centrum. Przychodzą tu całe tajskie rodziny. Jedzą, rozmawiają, odpoczywają. W cieniu palm..

Buak Hat Park

Buak Hat Park

Jest jeszcze jedna rzecz, która urzekła nas w Chiang Mai, a także w całej Tajlandii. Zawsze staramy się zjeść obiad w miejscu, w którym jedzą lokalni Tajowie. Jednego dnia trafiliśmy w okolicę targu w centrum miasta. Było jeszcze przed południem, więc niewiele osób szukało jedzenia, a ja akurat chciałem zjeść porządne śniadanie po porannym treningu. Spotkaliśmy starszego pana, który siedział z wielkim garnkiem zupy, mając pod ręką kilka misek z przyprawami i czytając gazetę. Nie znał ani słowa po angielsku, jednak z uśmiechem na twarzy podał nam dwie obfite porcje zupy z kaczką i warzywami. Do tego ostre przyprawy. Cena dla tubylców, a nie dla turystów – czyli 3zł za porcję. Innym razem ten sam pan podał nam tę samą zupę oglądając w telewizji walkę Muay Thai i lepiąc tajskie pierożki. Nie miał kuchni, ani pracowników. Miał kawałek stołu i garnek. Do tego stary telewizor zasilany długim kablem, którego koniec mógł znajdować się równie dobrze w jego mieszkaniu. W Tajlandii każdy może pracować. Każdy może ugotować garnek zupy i spokojnie żyć. Nie musi martwić się urzędem skarbowym ani ubezpieczeniem społecznym. Nie ma wyznaczonych godzin pracy, nie ma sanepidu. Nikomu nie przeszkadza, że starszy pan robi naprawdę pyszną zupę i sprzedaje ją na ulicznym targowisku. Tajlandia to piękny kraj.

Zupa

pozdrawiam,
P

Komentarze

6 comments on “Chiang Mai – bardzo tajskie miasto

    • Aneczko wyglądasz przepięknie. Ależ tulenie tygrysia musiało być super! Czy Ty także podzielasz zdanie P., że Tajlandia jest wypasiona?
      Pawle czy dotykanie wielkiego kota w okolicach zadu przynosi jakieś szczególne korzyści?

      Ściskam z przepięknej Polski (z sanepidem)!
      M.

      Odpowiedz
      • Jeeeest! Mój ulubiony szyderca wrócił do akcji! Czym prędzej odpowiadam: jeśli chodzi o tygrysi zad – skoro już pytasz – owszem. Panowie z obsługi zalecają zabierać się do kota od tyłu. Prawdopodobnie ze względu na odległość zębów od głaszczącej ręki (ale mogę się mylić, może tygrysy po prostu lubią głaskanie w tych rejonach).

        z wyrazami szacunku,
        P

        Odpowiedz
  • Ania Ple xD pisze:

    Zdecydowanie najbardziej zazdroszczę spotkania z tygrysami! Choć zawsze najbardziej chciałam przytulić się do takiego malutkiego :p. Pierwszy raz w oczach widziałam tyle strachu i niepewności!! xD Kizi lepiej nie pokazujcie tego filmu, bo zadrapie, albo też tak urośnie :D.
    A co do zup, to chyba nawet moja mama-ich wielka fanka (największa, jaką znam!) miałaby wielkie opory przez takimi, jakie jecie ;).
    I wreszcie zobaczyłam prawdziwą zieloną herbatę! 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>