Minęło kilka dni od ostatniego wpisu o jedzeniu i – tak, codziennie próbujemy czegoś zupełnie nowego. Przy większości (choć zdarzają się bolesne wyjątki…) możemy z uśmiechem powiedzieć ‚aroy!’, czyli ‚pycha!’ 🙂

W Bangkoku od kilku tygodni trwają manifestacje związane z obecną sytuacją polityczną w kraju. Tajowie zablokowali część dróg w centrum miasta w związku z czym tworzą się ogromne korki, a dojazd do centrum jest praktycznie niemożliwy. W niedzielę 02.02.2014 rozpoczęły się wybory. Ze strony manifestantów nie spotkały nas żadne nieprzyjemności. Wchodziliśmy na ich teren, jedliśmy ich jedzenie, rozmawialiśmy. Na czas wyborów postanowiliśmy jednak opuścić stolicę. W sobotę z samego rana wyruszyliśmy do Ayutthaya. Podróż pociągiem trwała niecałe 2h, a kosztowała …

Ale od początku… Człowiek śpi sobie spokojnie, w ogromnym wygodnym łóżku (tu spokojnie mogę reklamować couchsurfing ;)), a tu dźwięki jakich sobie człowiek nie wyobrażał. Nie żadne sisisis albo trele trele, nie! Tu ptaki śpiewają po tajsku. Są dość niepozorne – jakieś chude kruki, małe gołąbki, szare maluchy a śpiewają bardzo ciekawie.

Podróżując ulicami Krung Thep Mahanakhon oraz Ayutthaya, w ciągu zaledwie 3 dni mieliśmy okazję spróbować wielu lokalnych przysmaków. Zaczynaliśmy raczej spokojnie – wybierając dania znane nam z Europy lub zamawiając obiad począwszy od pytania: ‚no chilli?’ – tym zajmuje się Anna 🙂 Chwilowo odeszła od tego pomysłu. Powodem było zamówienie danie typu ‚no chilli’ o wdzięcznej nazwie congee. Otóż potrawa ta składała się z ryżu i.. wody. Zupa ryżowa. Zupełnie bez chilli i zupełnie bez smaku. Trochę doprawiona została jednak spożyta.

Nasza podróż zaczęła się 29.01.2014 o 6:00 we Włocławku. Moi rodzice towarzyszyli nam w drodze na lotnisko Chopina w Warszawie  – za co serdecznie dziękujemy. O 11:15 miał miejsce wylot z Warszawy do Kijowa. W stolicy Ukrainy spędziliśmy ponad 5h w oczekiwaniu na wielką chwilę. Nadeszła o 19:25 czasu ukraińskiego – boarding completed.